„W Moskwie słychać głosy, że to jakoby Baćka (prezydent Alaksandr Łukaszenka - PAP) się uparł (i sprzeciwia się zbliżeniu z Rosją – PAP), natomiast społeczeństwo białoruskie kwestię równych cen na gaz z chęcią rozwiązałoby kardynalnie i raz na zawsze” – pisze Kłaskouski na łamach portalu Naviny.by (Biełorusskije Nowosti), przywołując m.in. wypowiedź nacjonalistycznego rosyjskiego polityka Władimira Żyrinowskiego, który stwierdził niedawno, że referendum o wejściu Białorusi w skład Rosji poparłaby „absolutna większość” mieszkańców tego kraju.

„Białorusini zawsze popierali bliskie relacje, sojusz z Moskwą, ale nie pełne zjednoczenie” - powiedział Naviny.by komentator Jury Drakachurst, powołując się na sondaże, które w pierwszych latach białoruskiej niepodległości przeprowadzane były regularnie.

Reklama

Kłaskouski wskazuje z kolei, że wprawdzie na Białorusi od lat nie ma niezależnej socjologii, ale z zeszłorocznego badania Białoruskiej Pracowni Analitycznej (zarejestrowanej w Warszawie) wynikało, że za przyłączeniem do Rosji opowiada się 4,6 proc. badanych.

Reklama

„Owszem, Białoruś jest wyraźnie zrusyfikowana (…), ale przy tym w ciągu 27 lat niepodległość jako wartość zakorzeniła się w społeczeństwie” – ocenia Kłaskouski.

13 grudnia w Brześciu na posiedzeniu rady ministrów państwa związkowego Białorusi i Rosji premier Dmitrij Miedwiediew mówił o dwóch możliwych wariantach współpracy Mińska i Moskwy: „konserwatywnym” i „zaawansowanym”, opartym na podwyższeniu poziomu integracji. „Z jednoczesnym podwyższeniem wzajemnych powiązań między gospodarkami i możliwością udzielenia wsparcia w trakcie tworzenia państwa związkowego” – mówił Miedwiediew.

Według ekspertów ta propozycja Moskwy to de facto ultimatum – Rosja nie będzie wspierać Białorusi gospodarczo bez koncesji ze strony Mińska, które mogą zagrozić jego suwerenności.

Miedwiediew mówił bowiem o urzeczywistnieniu umowy o państwie związkowym z 1999 roku, „łącznie z tworzeniem tych struktur, które do tej pory nie zostały stworzone”, a więc – wspólnego centrum emisji pieniądza, wspólnej służby celnej, sądów, kontroli finansowej, a także prowadzeniem wspólnej polityki podatkowej, cenowej i taryfowej.

„Wspólna waluta, konstytucja, sądy, polityka celna i inne sprawy, przewidziane przez umowę z 1999 r. to de facto jest inkorporacja, tylko rozciągnięta w czasie” – napisał Kłaskouski.

Eksperci mówią o ryzykach, ale widzą w obecnych działaniach Moskwy raczej taktykę negocjacyjną. „To propozycja, która zagraża suwerenności i niepodległości, jednak nie sądzę, by Moskwa liczyła na zgodę Białorusi” – ocenił politolog Waler Karbalewicz, widząc w tym raczej zabieg, który ma pomóc w uniknięciu dalszego wspierania gospodarczego Białorusi, w tym rekompensowania Białorusi tzw. manewru podatkowego, który w ciągu pięciu lat ma istotnie zwiększyć cenę ropy dla najbliższego sojusznika.

Spór o cenę rosyjskich surowców i rozliczenia związane z ich kupnem jest główną osią obecnego konfliktu między Białorusią i Moskwą.

Zdaniem politologa Andreja Jelisiejeua słowa Miedwiediewa to reakcja na niedawną krytykę Rosji ze strony Łukaszenki. Białoruski prezydent publicznie zarzucił Władimirowi Putinowi, że pomimo integracji w ramach państwa związkowego i Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, Białoruś ciągle płaci za gaz o wiele drożej niż np. znajdujący się tuż przy granicy obwód smoleński.

Według Jelisiejeua Kreml nie chce zwiększać pomocy dla Białorusi w sytuacji, gdy ta nie tylko nie chce się zgodzić na nowe ustępstwa (jak np. zgoda na budowę rosyjskiej bazy lotniczej), ale nie w pełnej mierze – jak uważa Moskwa - realizuje dotychczasowe zobowiązania sojusznicze.

Jeszcze w grudniu może odbyć się spotkanie prezydentów Białorusi i Rosji, w czasie którego ma dojść do kolejnej próby uregulowania spornych kwestii.

Z Mińska Justyna Prus (PAP)