Wczorajsze wybory w Armenii były dopełnieniem rozpoczętej wiosną bezkrwawej rewolucji. Ich wyników jeszcze nie znamy, ale zwycięstwo koalicji Mój Krok i potwierdzenie mandatu przywódcy tegorocznych protestów Nikola Paszinjana było praktycznie pewne. Oznacza ono zupełne przetasowanie krajowej sceny politycznej oraz jej bezprecedensową dezoligarchizację. Sukces rewolucji to jednak tylko jedna strona medalu. Znakomita większość Ormian czeka teraz nie na rewolucję, lecz ewolucję – gospodarczą.
Reklama
Gdy pod koniec marca Paszinjan rozpoczynał swój 200-kilometrowy marsz sprzeciwu dookoła kraju (wzo- rowany na marszu solnym Mahatmy Gandhiego, stąd nazwa Mój Krok), nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Na ulice Erywania wyszły tłumy niewidziane od lat 90., a sam Paszinjan został wybrany na nowego premiera, przełamując tym samym trwający od dwóch dekad monopol na władzę Republikańskiej Partii Armenii (HHK). Od początku było jednak jasne, że rewolucja nie będzie kompletna bez rozwiązania parlamentu i rozpisania przedterminowych wyborów.
W poprzedniej kadencji większość mandatów posiadała właśnie HHK, zaś prace rządu Paszinjana wymagały poparcia populisty i oligarchy Gagika Carukjana, przy którym – jak swego czasu oceniali amerykańscy dyplomaci – nawet Donald Trump wyglądałby jak asceta. Po wczorajszym głosowaniu to się zmieni i Paszinjan nie będzie musiał korzystać z poparcia niewygodnych sojuszników. Co mu to da?
Po pierwsze, otwiera się możliwość szerszego uczestnictwa obywateli w polityce i właściwego skonsumowania trwającego od dekady dynamicznego rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Rezultaty są przy tym widoczne gołym okiem: we wrześniowych wyborach do rady stolicy kandydował blisko 1000 osób w ramach 12 komitetów, podczas gdy rok wcześniej było to 400 osób z trzech list (w tym połowa z ramienia rządzącej wówczas HHK). Również w niedzielnych wyborach do parlamentu udział brały zupełnie nowe ruchy polityczne, a na listach znalazł się cały szereg osób spoza dotychczas rządzącego establishmentu. Znamienne zresztą, że średnia wieku kandydatów zwycięskiego Mojego Kroku wynosiła jedynie 35 lat.
Po drugie, w Armenii oczekuje się, że dokonana rewolucja uzdrowi gospodarkę. Odsetek osób żyjących tam poniżej progu ubóstwa tradycyjnie oscyluje w okolicach 25–30 proc., emigracja zarobkowa dotyczy co trzeciej rodziny, a transfery z zagranicy odpowiadają nawet kilkunastu procentom. PKB. Jak do tej pory działania rządu Paszinjana sprowadzały się jedynie do wybranych kwestii: walki z monopolami funkcjonującymi w poszczególnych branżach, wsparcia dla części rolników czy dopłat dla samorządów. Teraz jednak nowa ekipa będzie musiała wdrożyć zapowiadane kompleksowe rozwiązania.
Program Mojego Kroku wśród priorytetów wymienia reformę systemu podatkowego, ułatwienia dla inwestorów i przedsiębiorców czy liberalizację rynku energii. Co istotne, zmiany te mogą być wprowadzane we współpracy z Unią Europejską (oraz z trzecim sektorem) w ramach podpisanej jeszcze w 2017 r. umowy o partnerstwie (CEPA), przewidującej stopniową implementację unijnych standardów i praktyk w Armenii.
Po trzecie wreszcie, można się zastanawiać, czy spodziewana przebudowa państwa obejmie także zmiany w polityce zagranicznej. Armenia tak jak przed rewolucją stara się balansować między korzystną dla siebie współpracą z UE a koniecznym ze względów bezpieczeństwa sojuszem z Rosją. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Wśród Ormian zdaje się bowiem narastać chęć zrównoważenia relacji z Moskwą, w co wpisują się działania i deklaracje Paszinjana: liberalizacja uzależnionego od Rosjan rynku energii, walka z korupcją (w tym w spółce Gazprom Armenia) czy próba rozliczenia poprzedniej, powiązanej z Moskwą ekipy.
Na dłuższą metę taka polityka prowadziłaby do częściowej emancypacji Erywania, co nie mogłoby cieszyć Kremla. Zależna dziś od Wielkiego Brata Armenia stanowi główny przyczółek Rosji na strategicznie położonym Kaukazie Płd. Pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się już w lipcu. Najpierw rosyjscy wojskowi bez uprzedzenia przeprowadzili ćwiczenia z użyciem ostrej broni wśród wiosek Armenii, a następnie Kreml zagroził zerwaniem kredytowanej na 100 mln dol. umowy na dostawy uzbrojenia.
Czy oczekiwania społeczeństwa zostaną zrealizowane? Na razie dominuje optymizm, jednak już teraz rysują się zagrożenia dla powodzenia reform. W pierwszej kolejności przeszkodą dla Paszinjana może okazać się niedoświadczenie i brak spójności posłów wprowadzonych właśnie do parlamentu. Nie można wykluczać, że w obliczu trudności koalicja Mój Krok stanie przed widmem podziału. Co więcej, ewentualne napięcia na linii Erywań–Moskwa będą destabilizować sytuację wokół Górskiego Karabachu, a co za tym idzie – również w samej Armenii.
Teoretycznie problemem z cza sem może się stać także sam Paszinjan, postać szczególnie charyzmatyczna, jednak w dłuższej perspektywie mogąca budzić silne kontrowersje. Wszystko to stanowi co najwyżej pieśń przyszłości. Na razie Armenia wciąż jeszcze żyje rewolucją.