Konkurencja ze strony Chin, Rosji i Turcji na Bałkanach Zachodnich zmotywowała Unię do działania. Dzisiaj na pierwszym od 15 lat szczycie w Sofii Wspólnota da sygnał, że jest zainteresowana regionem
Reklama
W ciągu ostatniej dekady, gdy relacje pomiędzy UE a Bałkanami Zachodnimi rozluźniały się, w regionie pojawiła się silna konkurencja. Duże inwestycje planują Chiny. Historyczne wpływy na Bałkanach odbudowuje Turcja. A Rosja – co jest najbardziej dla UE problematyczne – próbuje ustanawiać tu polityczne strefy wpływów. UE nie ma więc czasu do stracenia. W ofercie ma głównie perspektywę integracji. Czyli to, co zawsze.
Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker niedawno zapowiedział, że najbardziej ambitni kandydaci na Bałkanach mogą liczyć na wejście do UE w 2025 roku. Zaproponowano też Albanii i Macedonii rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych. Te dwa kraje dołączą więc wkrótce do Czarnogóry i Serbii, które prowadzą już rozmowy. Najbardziej odległe od integracji są dzisiaj Bośnia i Hercegowina oraz Kosowo mające status potencjalnych kandydatów.
Analityczka Ośrodka Studiów Wschodnich Marta Szpala nie uważa, by strategia UE nastawiona na promowanie wyśrubowanych standardów w potencjalnych państwach członkowskich Wspólnoty była słuszna. W jej ocenie ostatnia dekada pokazuje, że czekanie z integracją Bałkanów Zachodnich na demokratyczne reformy przynosi efekt odwrotny do zamierzonego – standardy demokratyczne obniżają się. – Korzystniejszy niż odległa perspektywa członkostwa mógłby być dostęp do większych środków finansowych, ale pod pewnymi warunkami. Obecnie dostępne pieniądze są trudne do wydania, trzeba mieć wkład własny. Nie ma też mechanizmów, które powodują, że pieniądze unijne są blokowane, gdy rządy nie przestrzegają demokratycznych standardów. Nie ma ani kija, ani marchewki – uważa Szpala.
Bałkanom Zachodnim będzie bardzo trudno spełnić stawiane przed nimi wymagania. Zwłaszcza że są one dzisiaj dużo bardziej wyśrubowane niż gdy Polska wstępowała do UE. „Wall Street Journal” jako powód podniesienia poprzeczki dla krajów ubiegających się o akcesję wskazuje na kłopoty w krajach tzw. nowej Europy – w tym na problemy z praworządnością w Polsce i na Węgrzech oraz na korupcję i przestępczość zorganizowaną w Rumunii i Bułgarii. Niezauważone są natomiast – zwraca uwagę Szpala – podobne problemy np. na południu Włoch i w niektórych regionach Hiszpanii. W związku z rosnącymi wymaganiami UE kraje kandydujące nie tylko będą musiały uchwalić prawo i ustanowić instytucje, ale też wykazać, że działają one efektywnie.
Największa trudność na drodze do rozszerzenia UE o Bałkany Zachodnie może leżeć jednak po stronie samej Wspólnoty. Dalsza integracja budzi niechęć zwłaszcza wśród krajów zachodniej Europy. Tematem dzisiejszego spotkania w Sofii miała być integracja Bałkanów Zachodnich, ale ostatecznie kraje członkowskie z tego zrezygnowały. Szczyt zbojkotował premier Hiszpanii Mariano Rajoy z powodu udziału Kosowa, którego niepodległości Hiszpania nie uznaje. Z kolei konflikt pomiędzy Grecją a Macedonią o nazwę państwa może skutecznie zablokować szanse Skopje na otwarcie negocjacji akcesyjnych. To wszystko jeszcze bardziej komplikuje możliwość wypracowania jednolitego stanowiska UE wobec Bałkanów Zachodnich.
Za integracją z regionem opowiadają się państwa Europy Środkowej. Szef MSZ Jacek Czaputowicz mówił niedawno, że UE powinna otworzyć się na kraje bałkańskie. Według niego leży to także w interesie Polski. „Chcemy, żeby okręg Bałkanów Zachodnich był rejonem stabilności. Inaczej różne mocarstwa będą tutaj starały się zagrozić bezpieczeństwu UE” – uważa minister spraw zagranicznych.