Australijska policja podała w poniedziałek, że liczba ofiar pożarów szalejących w stanie Wiktoria (w południowo-wschodniej Australii) sięgnęła już 128 ludzi.

Nie wyklucza się, że ofiar będzie jeszcze więcej.

Władze określiły zniszczone w pożodze miasta jako "miejsca zbrodni", gdyż - według policji - w wielu przypadkach ogień był podłożony celowo.

Zniszczeniu uległo co najmniej 750 domów. Nie jest to ostateczny bilans.

Z niektórych miejscowości zostały tylko zgliszcza. Przybywają tam ekipy dochodzeniowe, które wciąż odkrywają coraz to nowe zwłoki i są świadkami drastycznych scen.

Choć w wielu miejscach szalejące od soboty płomienie osłabły i ich gaszeniu sprzyjała pogoda, w poniedziałek wciąż się paliło, a wiatr ponownie groził rozprzestrzenieniem się ognia. Meteorologowie ponadto przewidzieli wzrost temperatur w ciągu tygodnia.

To najgorsze w historii Australii pożary, które dzięki suchej pogodzie rozniosły się na dużej przestrzeni południowej części Wiktorii i Nowej Południowej Walii.

Premier Kevin Rudd był wyraźnie oburzony doniesieniami o celowych podpaleniach. "Co powiedzieć o kimś takim - mówił. - Nie ma określeń, by to opisać, innych niż masowe morderstwo".

Władze zapowiedziały, że surowo ukarzą podpalaczy, którzy - według nich - przyczynili się do tragedii.