W tym tygodniu Donald Trump zapowiada kolejną porcję ceł na chińskie produkty. Pekin grozi, że będzie się bronił
Reklama
Jak tygrys pokonuje orła / Dziennik Gazeta Prawna
Waszyngton chce się skoncentrować na wyrobach zaawansowanych technologicznie. To na rozwoju i eksporcie tych technologii najbardziej zależy obecnie władzom w Pekinie. Tylko w ubiegłym roku USA importowały z Państwa Środka sprzęt telekomunikacyjny, komputerowy, elektroniczny oraz komponenty półprzewodnikowe (procesory czy pamięci) o wartości 159 mld dol. Nowe cła mają objąć towary o wartości 60 mld dol.
Będzie to kolejna salwa w handlowej przepychance między Waszyngtonem i Pekinem. Zaczęło się w marcu od nałożenia ceł na stal i aluminium przez stronę amerykańską. Odpowiedź strony chińskiej – cła na 128 kategorii produktów, głównie żywnościowych, ale też metalowych – nadeszła w poniedziałek. Chociaż giełdy po drugiej stronie Atlantyku zareagowały na ruch spadkami, to wartości poszczególnych indeksów i tak są wyższe niż w październiku 2017 r.
W ten sposób prezydent Donald Trump wraca do obietnicy wyborczej, zgodnie z którą planuje zmniejszenie deficytu w handlu z Państwem Środka o 100 mld dol. Bo chociaż Chiny są dla Stanów Zjednoczonych partnerem numer jeden, to Amerykanie znacznie więcej kupują po drugiej stronie Pacyfiku, niż tam sprzedają. W ubiegłym roku deficyt handlowy wyniósł rekordowe 375 mld dol.
Ta kwestia nie jest jedyną, która uwiera polityków w Waszyngtonie. Nad Potomakiem od dawna mówi się, że w chińskiej gospodarce zbyt duży udział ma państwo, a to sprawia, że tamtejsze firmy w nieuczciwy sposób budują swoją przewagę konkurencyjną, np. poprzez dostęp do tanich kredytów z kontrolowanych przez państwo banków. Amerykanom od dawna przeszkadza też swoboda, z jaką Chińczycy podchodzą do prawa własności intelektualnej, kwestii kluczowej zwłaszcza w branżach najbardziej zaawansowanych technologicznie.
Zresztą już w momencie nakładania ceł na stal i aluminium Robert Lighthizer, przedstawiciel USA ds. handlu – najważniejszy amerykański urzędnik w tej dziedzinie – nie ukrywał, że administracji bardziej zależy na uderzeniu w sprzedaż chińskich towarów wysokich technologii niż na znaczącej obniżce deficytu. To wpisuje się w logikę działań mających na celu uniemożliwienie zagranicznym firmom, zwłaszcza z Azji, przejęcie ważnych podmiotów amerykańskich. Jak w przypadku zablokowanego niedawno przejęcia Qualcomma (producenta procesorów do telefonów komórkowych) przez Broadcom (producenta procesorów, kiedyś amerykańskiego, obecnie z siedzibą w Singapurze).
Biuro przedstawiciela ds. handlu w tym tygodniu ma ogłosić listę produktów, które zostaną obłożone cłami. Sprawa nie będzie prosta, bo branża elektroniki użytkowej masowo przeniosła swoją produkcję do Azji. Więc to, co na papierze jest importem chińskiego sprzętu telekomunikacyjnego, w rzeczywistości jest ściągnięciem na rodzimy rynek produktów amerykańskiej firmy.
Na razie odpowiedź Pekinu była wstrzemięźliwa. Z jednej strony 128 kategorii produktów, które obłożono cłami, wydaje się sporą liczbą, ale w rzeczywistości odpowiadają one za raptem 3 proc. eksportu USA do Chin. Z drugiej jednak strony produkty te są politycznie wrażliwe, bo obejmują przede wszystkim żywność, a lobby rolnicze w USA jest przynajmniej tak silne, jak w UE. Jeśli odpowiedź władz w Pekinie można podsumować jednym zdaniem, chodziło o to, aby zmaksymalizować presję polityczną (rolnictwo kwitnie w stanach, w których Trump wygrał wybory), w minimalny sposób zaostrzając przy tym konflikt.
Otwarte pozostaje pytanie, jak Chiny zareagują na nową porcję ceł. Państwo Środka jest bowiem również klientem wielu ikon amerykańskiej gospodarki, jak Boeing i General Electric. Chociaż biznes po drugiej stronie Pacyfiku nie jest aż tak dobry jakościowo, jak wskazywałaby na to liczba ludności, wiele technologii Państwo Środka stara się wytwarzać na własną rękę. Dobrym przykładem są samoloty, silniki do nich, a także turbiny elektrowni.