Doniesienia, że nową ambasador USA w Polsce ma zostać bizneswoman i autorka poradników motywacyjnych Georgette Mosbacher, jedna z osób zarządzających komitetem finansowym Partii Republikańskiej, wywołały komentarze, że oto nadszedł ostateczny dowód, iż Waszyngton przestał traktować nas poważnie. Tyle że to nieprawda.

Na znacznie ważniejsze placówki niż u nas trafiają często znajomi aktualnego prezydenta USA albo ludzie, którzy hojnie zrzucili się na jego kampanię. Amerykańskie podejście do dyplomacji różni się od niemieckiego czy rosyjskiego. Pełen profesjonalizm ma być cechą charakterystyczną personelu dyplomatycznego. I jest! Dzięki temu kierowanie placówką może być atrakcyjną synekurą, politycznym łupem rozdawanym w nagrodę przez aktualnego prezydenta. Donald Trump jest w tej sferze kontynuatorem, a nie modernizatorem zwyczajów Departamentu Stanu.

I są na to twarde dowody. W 2013 r. zrzeszające zawodowych dyplomatów Amerykańskie Stowarzyszenie Służby Zagranicznej (AFSA) wyliczyło, że aż 35 proc. nominacji ambasadorskich, które do tamtego momentu ogłosił Barack Obama, przypadło świeżo upieczonym dyplomatom bez wcześniejszego doświadczenia w tym zakresie. U George’a W. Busha było 30 proc. politycznych nominatów, u Billa Clintona – 27,8 proc., a u George’a H.W. Busha – 31,3 proc. I myliłby się ten, kto by myślał, że synekury dotyczą tylko łatwych i przyjemnych placówek w ciepłych krajach, jak Bahamy, Fidżi czy Malta.