Polacy są euroentuzjastami jakich w Europie mało. Wciąż mniej niż innym doskwiera nam unijna biurokracja i - bywa - unijne absurdy. Minusy nie przysłaniają nam plusów. Chodzi nam - wbrew powszechnej opinii - nie tylko o interesy, o dotacje i przywiązanie do nich. Nie tylko o swobodę podróżowania i możliwość znalezienia lepszej pracy; czy o wspólny - niestety, coraz mniej wspólny - rynek. I nawet nie tylko o bezpieczeństwo. To wszystko jest oczywiście bardzo ważne. Ale, mam wrażenie, mamy do czynienia z entuzjazmem wyższego rzędu, istotniejszym także dla Europy i chyba o niedocenianym, również w Brukseli, potencjale.
Reklama

Myślę, że wstąpienie do UE potraktowaliśmy w większości jako powrót do domu, na łono rodziny. Jako oficjalne potwierdzenie oczywistego dla nas statusu, którego próbowano nas pozbawić, oddzielając od świata, z którym byliśmy zrośnięci przez wieki, żelazną kurtyną. To było też naturalne potwierdzenie, że nie jesteśmy Europejczykami drugiej kategorii, chociaż wielu - w tym niekiedy nasi przyjaciele ze starej Unii, dla których los i historia były łaskawsze - wciąż zdaje się o tym zapominać.

Ale teraz mamy w rodzinie kłótnię. To autentyczny i poważny spór polityczny i prawny między Polską a instytucjami Unii Europejskiej i - ostatecznie - niektórymi jej członkami. Ponieważ nie doszło do kompromisu, który pozwoliłby wszystkim wyjść z tego z twarzą (pisaliśmy o takim, niestety niezrealizowanym, scenariuszu w środowym DGP), nastąpiła eskalacja. I nie bardzo wiadomo, jak i gdzie ktoś miałby się cofnąć. Unia uruchomiła machinę i musi wykazać ogromne przywiązanie do wartości, które są jej fundamentem, ale które interpretuje po swojemu. Ma oczywiście prawo uważać je za zagrożone. Polski rząd będzie grał kartą podmiotowości i suwerenności oraz podwójnych standardów i nierównego traktowania; też nie bez racji.

Spodziewać się należy mocnych i niedobrych emocji. Ruszamy w podróż, której lepiej by było nie rozpoczynać. Kłótnie w rodzinie bywają najbardziej zajadłe, ale pozostaje świadomość więzi, których w żaden sposób unieważnić nie można. Ta świadomość powinna towarzyszyć i naszym, i unijnym politykom. Unia powinna zamrozić spór na kolejnym poziomie - Rady UE, ograniczając straty polityczne, do których kłótnia nieuchronnie prowadzi. Nie musi przecież zamykać debaty o kontrowersyjnych przemianach w Polsce, których praktyczne rezultaty będziemy w przeważającej mierze dopiero obserwować i które mogą zarówno wzmocnić, jak i osłabić obawy Brukseli. Polski rząd mógłby zaś wykonać kilka gestów w jej stronę. Po decyzji prezydenta o podpisaniu ustaw o SN i KRS jakakolwiek istotna modyfikacja reformy sądownictwa wydaje się nierealna. Realny jest jednak rzeczowy dialog nawet w najtrudniejszych sprawach. Nie wyklucza to także innych proeuropejskich i prounijnych działań, które akcentowałyby nasze przywiązanie do europejskiej wspólnoty. Polacy w większości przyjęliby je z ulgą.