Najnowsza propozycja w tym zakresie jest odpowiedzią na postulaty krajów naszego regionu. System kwot obowiązkowych może trafić do kosza.
Reklama
Zwolennikami takiego rozwiązania są Estończycy sprawujący obecnie prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Dyplomaci z Tallina postawili sobie za cel połączenie ognia z wodą – zamierzają pogodzić skrajnie odmienne stanowiska państw UE w sprawie uchodźców, jakie wyszły na jaw podczas kryzysu migracyjnego.
Próbą trudnego kompromisu jest właśnie rezygnacja z kwot obowiązkowych. Nie oznacza to jednak, że państwa członkowskie nie muszą na wypadek nowego kryzysu zadeklarować, ilu migrantów są w stanie rocznie przyjąć. Prezydencja estońska proponuje, aby wartość ta zależała od deklaracji poszczególnych krajów, zmodyfikowanych odpowiednio o liczbę ludności i PKB na mieszkańca. Propozycja nie zawiera jednak dokładnego wzoru, według którego wyliczany byłby limit.
Jeśli jednak dojdzie do kryzysu i dane państwo zarejestruje o połowę więcej uchodźców, niż wynosi jego roczny limit, to zostaną oni automatycznie przypisani do innego kraju – przy czym pierwszeństwo będą mieli ci członkowie Unii, którzy przyjęli najmniej osób. Estończycy proponują, aby do relokacji dochodziło dopiero po uzyskaniu zgody państwa docelowego. W razie twardego sprzeciwu pozostawałaby alternatywa: opłacenie podatku solidarnościowego w wysokości 250 tys. euro od osoby.
Tallin jest przekonany, że jego propozycja jest dobrym punktem wyjścia do dalszych rozmów, bo uwzględnia zarówno postulaty krajów, które nie chcą być zmuszane do przyjmowania uchodźców, jak i państw, które domagają się większej solidarności w tym względzie (np. Włochy i Grecja). Jednak już na wczesnym etapie (na razie propozycja trafiła tylko do przedstawicieli państw członkowskich przy UE) są do niej pewne zastrzeżenia. Wątpliwości, w tym Polski, budzi np. mechanizm przypisywania „ponadnormatywnych” migrantów do poszczególnych krajów.
Co więcej, nie wszyscy w Unii są przekonani, że rezygnacja z obowiązkowych kwot to rozsądny kompromis. Członkowie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego przyjęli w połowie października projekt, który nie tylko przewiduje ponowne wprowadzenie kwot, ale też kar za ich nieprzestrzeganie.
Pewne jest jedno: kryzys migracyjny dowiódł, że konieczne jest usprawnienie koordynacji pomiędzy państwami członkowskimi. Najprościej to zrobić, dając nowe uprawnienia Komisji Europejskiej – i to właśnie proponują Estończycy. KE dostałaby swego rodzaju sygnalizator świetlny dla migracji, określając, czy sytuacja jest „normalna”, „trudna” czy „poważna”.
Zmiana światła uzależniona byłaby od stopnia realizacji rocznego limitu przez państwa członkowskie (ułatwiłby to nowy, unijny system informatyczny do rejestrowania wniosków azylowych). Po przekroczeniu progu 90 proc. Komisja mogłaby skierować pomoc pod postacią dodatkowych środków czy ludzi do danego państwa; 150 proc. uruchamiałoby opisaną wyżej procedurę relokacji.
O nowej polityce migracyjnej mieli rozmawiać szefowie rządów państw UE podczas najbliższego szczytu Rady Europejskiej, który odbędzie się 14–15 grudnia. Ale jak pod koniec ubiegłego tygodnia poinformował rzecznik estońskiej prezydencji Juri Laas, liderzy „nie będą na tym etapie zajmować się reformą systemu dublińskiego”.
System dubliński to element obecnej polityki azylowej UE, zgodnie z którym odpowiedzialność za uchodźcę leży po stronie pierwszego kraju unijnego, na teren którego on wjechał; z oczywistych względów nie podoba się to państwom „frontowym”.
– W tej chwili nie ma w Unii woli do tego, żeby rozwiązać tę kwestię – mówi nam polski dyplomata, wskazując chociażby na niepewność polityczną w państwach, które poważnie dotknął kryzys migracyjny. Najlepszy przykład to Niemcy, gdzie przyjechało rekordowo dużo migrantów (i gdzie wciąż nie wiadomo, kiedy powstanie rząd), oraz Włochy, które wciąż borykają się z problemem uchodźców pokonujących Morze Śródziemne (gdzie w przyszłym roku odbywają się wybory parlamentarne). Co więcej, wraz z opadnięciem migracyjnej fali wśród liderów UE spadł zapał do podejmowania tej kontrowersyjnej kwestii.
Faktem jest, że statystyki pokazują, że liczba uchodźców docierających na teren Unii spada. Według Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) między styczniem a końcem listopada przez Morze Śródziemne przeprawiło się do Włoch 117 tys. osób (wobec 173 tys. w ub.r.). Jeszcze większy spadek nastąpił w Grecji (27 tys. wobec 172 tys. w ub.r.), zaś Hiszpania odnotowała wzrost (20 tys. wobec 5 tys. w ub.r.).
Jednocześnie IOM znacząco zwiększył liczbę migrantów, których w ramach dobrowolnego programu przewozi z powrotem do rodzinnego kraju z przejściowych obozów na terenie Libii. W 2017 r. zorganizowano wyjazd dla 14 tys. osób (wobec 3 tys. w ub.r.).