Recesja jest wtedy, jak sąsiad traci pracę. A depresja, gdy pracę tracę ja. Przypomniał mi się ten stary dowcip, kiedy trafiłem na nową pracę jednej z najsłynniejszych par małżeńskich amerykańskiej ekonomii: Christiny i Davida Romerów.
Romerowie napisali tekst o długofalowych skutkach kryzysów finansowych. W gruncie rzeczy da się z niego jednak wyczytać propozycję dość nowatorskiego podejścia do mierzenia stanu zdrowia gospodarki. Takie teksty są istotne z jednego prostego powodu. Ekonomiści (a co za tym idzie: opinia publiczna i politycy) mają w warunkach współczesnego kapitalizmu olbrzymie trudności z wiarygodnym ocenianiem, czym jest, a czym nie jest zdrowa gospodarka.
Zwykły śmiertelnik, który ma wobec ekonomistów wrodzony respekt, żyje pewnie w przekonaniu, że gdzie jak gdzie, ale w gospodarce istnieją wyraźne reguły gry. Jest mityczne PKB, które powinno rosnąć. A jak rosnąć przestaje przez dwa następujące po sobie kwartały, to jest recesja. Jeśli zaś recesja się przedłuża (literatura mówi o trzech, czterech latach albo o spadku PKB rzędu przynajmniej 10 proc.), to jest depresja. Po polsku tego żargonu używa się rzadziej (może dlatego, że wielkiego doświadczenia z depresjami nie mamy). Na ostatnie poważne i długotrwałe epizody gospodarczych problemów (początek transformacji) mówimy zaś raczej kryzys.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.