Kiedy pierwszy raz trafiłem na świeżutkie badanie Yanna Algana, Siergieja Guriewa, Eliasa Papaioannou i Ewgenii Passari „The European trust crisis and the rise of populism” (Europejski kryzys zaufania a wzrost populizmu), to aż się żachnąłem. Banał, truizm, oczywistość. Jednak zaraz potem zacząłem sobie przypominać, jakie to wymyślne konstrukcje myślowe pojawiały się ostatnio jako próba wyjaśnienia, co się dzieje w europejskiej polityce. A to wszystko jest przecież tak proste.
Przez rozwinięty świat przetacza się fala populizmu. To wiemy. Trump, Orbán, Kaczyński i wielu innych to politycy, którym wyborcy przez lata obawiali się oddać pełnię władzy. Albo w ogóle ich nie było na scenie politycznej zdominowanej przez umiarkowane ugrupowania chadeckie lub socjaldemokratyczne. A potem nagle zaczęli rosnąć w siłę. Oczywiście różnice pomiędzy tymi populistami są widoczne. Syriza i Podemos to lewicowi radykałowie, austriaccy Wolnościowcy czy PiS uważają siebie za prawicę. Z kolei Ruch Pięciu Gwiazd czy AfD pozują na ugrupowania typu „wielki namiot dla wszystkich”. Niezależnie jednak od tych różnic można populistów określić jako ugrupowania antyestablishmentowe, świadomie akcentujące wyraźne odcięcie od poczynań poprzedników. Łączy ich również niechęć wobec globalizacji. Różnią się zazwyczaj tylko tym, że dla jednych ta globalizacja ma twarz nadmiernie omnipotentnej Brukseli, dla innych zaś – wszechpotężnych rynków finansowych oraz hulającego po świecie kapitału. A czasem jednego i drugiego.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.