Wraz z brexitem wspólnotowe przepisy dotyczące obywateli pozostałych państw członkowskich przestaną obowiązywać.



Przedstawiony przez brytyjski rząd dokument nie owija w bawełnę. Z punktu widzenia brytyjskiego prawa każdy obywatel UE stanie się imigrantem – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Najważniejsza jest taka, że obywatele UE – w tym Polacy – będą musieli w związku z tym uregulować swój pobyt na Wyspach. Wczoraj rząd w Londynie przedstawił szczegóły propozycji.
Reklama
Chodzi o zapowiedziany przez Theresę May już podczas czwartkowego szczytu Rady Europejskiej status osoby osiedlonej (settled status). Tak naprawdę jest to pozwolenie na bezterminowy pobyt na terenie Zjednoczonego Królestwa. Status osoby osiedlonej ma przysługiwać wszystkim, którzy spędzili w ciągły sposób na Wyspach co najmniej pięć lat. Będzie on stanowił również pierwszy krok do ubiegania się o obywatelstwo. Prawdopodobnie jednak nie uchroni przed deportacją w przypadku, gdy ktoś zostanie uznany za zagrożenie dla Wielkiej Brytanii, popełni ciężkie przestępstwo lub popadnie w recydywę.

Reklama
Zgodnie z tym, co powiedziała premier May, brytyjski rząd nie chce, aby Europejczycy na Wyspach rzucili się jednocześnie do wypełniania wniosków o status osoby osiedlonej. Dlatego rząd przewiduje maksymalnie dwuletni (dokument stwierdza, że to jeszcze nie jest pewne) „okres łaski”, w trakcie którego obywatele Unii będą mieli czas na uzupełnienie wszystkich formalności, czyli zalegalizowanie pobytu w Królestwie. Okres ten rozpocznie się wraz z opuszczeniem UE przez Wielką Brytanię, czyli 29 marca 2019 r. W praktyce oznacza to, że podczas jego trwania wszyscy obywatele UE będą mieli prawo pobytu w Albionie.
W tym miejscu sprawy się komplikują. Chodzi o datę graniczną. To ona będzie decydować, na ile przychylnie będzie patrzeć na imigrantów z Unii Europejskiej brytyjski Home Office. Zgodnie z propozycjami Londynu ma to działać w następujący sposób: każdy obywatel UE, który do daty granicznej spędził na Wyspach pięć lat, bez problemu będzie się mógł ubiegać o status osoby osiedlonej. Jeśli dana osoba przybyła do Wielkiej Brytanii przed tą datą, a pełne pięć lat pobytu w UK upływa w trakcie okresu łaski – z perspektywy Londynu też nie budzi to zastrzeżeń.
Schody zaczynają się w momencie, kiedy ktoś przyjedzie na Wyspy przed tą datą, a pełne pięć lat przypadnie już po zakończeniu okresu łaski, albo wyjedzie na Wyspy po dacie granicznej. W jednym i w drugim wypadku w trakcie okresu łaski będzie musiał wystąpić o pozwolenie na pobyt tymczasowy, którego Home Office może nie przyznać. Zwłaszcza w kontekście tej ostatniej grupy dokument rządowy mówi, że nie powinni oni oczekiwać gwarancji pozostania po drugiej stronie kanału La Manche.
Zmianie ulegną również zasady ściągania na Wyspy małżonków. Na mocy przepisów unijnych jest to proces praktycznie bezbolesny. Teraz jednak małżonków zaczną obowiązywać powyższe reguły. Natomiast po wyjściu z UE osoby chcące ściągnąć małżonków mogą oczekiwać problemów, bo w przypadku tej procedury trzeba się przed Home Office wykazać odpowiednim dochodem, czyli możliwością samodzielnego utrzymania się.
Sporym niedopatrzeniem jest niezamieszczenie w dokumencie daty granicznej. Projekt stwierdza jedynie, że będzie stanowiła ona przedmiot negocjacji oraz że będzie to dzień pomiędzy datą złożenia przez Wielką Brytanię wniosku o wyjście z Unii, czyli uruchomienie procedury z art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej 29 marca 2017 r., a dniem rzeczywistego wyjścia z Unii 29 marca 2019 r. To oznacza, że data graniczna może zostać wprowadzona wstecz, jeśli tak uznają Brytyjczycy. Byłoby to jednak bardzo źle odebrane przez europejskich partnerów.
Brytyjski rząd zapewnia, że biurokracja związana z ubieganiem się o status osoby osiedlonej zostanie zredukowana do niezbędnego minimum. Odpowiednia ścieżka aplikacyjna zostanie otworzona prawdopodobnie jeszcze przed wyjściem Wielkiej Brytanii z UE, aby Home Office nie miał problemu z uporaniem się z ponad 3 mln wniosków (na Wyspach mieszka 3,6 mln niebrytyjskich obywateli UE). Rząd zapowiada też pewne uproszczenia, jeśli chodzi o dokumentowanie pobytu w Wielkiej Brytanii. Kto chce, będzie mógł uregulować tę kwestię jeszcze przed brexitem.
Status osoby osiedlonej zagwarantuje taki sam dostęp do usług edukacyjnych, zdrowotnych, jak również świadczeń emerytalnego i socjalnych, jak w przypadku obywateli Zjednoczonego Królestwa. Oczywiście osoby takie nie miałyby brytyjskich paszportów – te stałyby się dla nich dostępne dopiero po uzyskaniu obywatelstwa. Dokument nie precyzuje jednak konkretnej listy wymagań, jakie mają być postawione osobom chętnym do jego uzyskania.
Zaproponowanych przez Home Office rozwiązań nie należy jednak traktować jako ostateczne. Docelowy kształt przepisów, które obejmą zarówno obywateli Unii mieszkających na Wyspach, jak i Brytyjczyków związanych z kontynentem, będzie dopiero przedmiotem negocjacji między Londynem a Brukselą. To zresztą skłoniło przedstawiciela Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna do skrytykowania rządu za to, że traktuje obywateli Unii jak kartę przetargową w negocjacjach. Brytyjski rząd zapowiada, że wszystkie swobody unijne będą respektowane do momentu brexitu, czyli 29 marca 2019 r.
Status osoby osiedlonej ma gwarantować pełnię praw
Theresa May ma większość. Może zająć się brexitem
Brytyjska premier może odetchnąć z ulgą. Po dwóch tygodniach rozmów Partii Konserwatywnej udało się wyłonić parlamentarną większość gotową wspierać jej gabinet. Wczoraj torysi podpisali umowę z Demokratyczną Partią Unionistyczną (DUP) z Irlandii Północnej. Co ważne, nie jest to koalicja. Przedstawiciele DUP nie wejdą bowiem do rządu (inaczej niż w przypadku koalicji torysów z liberalnymi demokratami w latach 2010–2015), lecz zobowiązują się jedynie do wspierania wybranych inicjatyw rządu (coś na kształt paktu stabilizacyjnego między PiS, Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin z lutego 2006 r.).
Na mocy umowy torysi zgodzili się na: utrzymanie wydatków na obronność na poziomie powyżej 2 proc. PKB; waloryzację emerytur o 2,5 proc.; utrzymanie dopłat na opał; pozostawienie wsparcia dla rolników w dotychczasowym kształcie; dodatkowy 1 mld funtów (4,8 mld zł) na projekty infrastrukturalne w Irlandii Północnej przez najbliższe dwa lata. W zamian unioniści zadeklarowali wsparcie w głosowaniu nad przyjęciem programu gabinetu Theresy May (wyłożonego tradycyjnie w przemówieniu królowej do obu izb parlamentu w ubiegłym tygodniu), a także w inicjatywach związanych z polityką finansową i bezpieczeństwem. Umowa nie oznacza bezwarunkowego poparcia dla każdego projektu rządowego.
Umowa była potrzebna, gdyż w wyniku wcześniejszych wyborów torysi utracili większość w Izbie Gmin, do której zabrakło im dziewięciu głosów (potrzeba 326 posłów, a konserwatyści mają 317). Ale nawet umowa z unionistami nie zapewni partii rządzącej dużej przewagi w Izbie Gmin. Unioniści mają zaledwie 10 posłów, ale po odliczeniu przewodniczącego, wywodzącego się tradycyjnie ze zwycięskiej partii, który nie bierze udziału w głosowaniach, strony umowy mają dokładnie 326 szabel w izbie. To niedużo, nawet biorąc pod uwagę siedmiu posłów północnoirlandzkiej partii Sinn Féin, którzy programowo nie biorą udziału w głosowaniach, powiększając realną przewagę torysów i unionistów.