Nie tylko liderzy PiS mają powody do wiosennej melancholii, bo to, że stracą władzę, wcale nie oznacza nadejścia dobrej zmiany
Andrzej Krajewski, publicysta / Dziennik Gazeta Prawna
Wiele wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość przegrało kolejne wybory. Przesilenie nastąpiło w pierwszych tygodniach tej zimnej wiosny. Taka jest wymowa beznamiętnych liczb. Pierwsza z nich mówi, że PiS, choć próbował wyborcom nieba przychylić, nie zdobył nowych głosów. Wielodzietne rodziny dostały 500 plus z możnością powiększania dochodu, jeśli przyłożą się do prokreacji. Osobom po okresie przekwitania zaoferowano możliwość szybszego przejścia na (jeszcze wypłacaną) emeryturę. Polakom bez zdolności kredytowej przyobiecano lokum z programu „Mieszkanie plus”, a wszystkim wyzyskiwanym pracownikom podniesiono pensję minimalną. Partia rządząca starała się znaleźć coś miłego dla niemal każdego. Okraszając to igrzyskami, sprowadzającymi się do wywalania na zbity pysk z państwowych posad każdego, kto nie jest swój, pod hasłem „odrywania od żłobu”. Co powinno dawać satysfakcję tym rodakom, którym do owego żłobu nigdy nie udało się dopchać. Tymczasem sondaże nic.
Reklama

Reklama
Poparcie dla PiS, jakie było rok temu, takie jest i dzisiaj – a według niektórych sondaży jest jeszcze gorzej. Za to kamieni wiszących u szyi partii nieuchronnie przybywa. Najcięższym stał się minister obrony. Perypetie młodocianego współpracownika Antoniego Macierewicza z zapartym tchem śledził cały kraj. Napięcie stopniowały kolejne doniesienia mediów o tym, gdzie znów Bartłomiej Misiewicz dostał posadę, a co ważniejsze – z jaką pensją. W pewnym momencie wyglądało to jak nowatorskie połączenie berka z zabawą w chowanego. Minister przerzucał faworyta na coraz to nowe fuchy, dbając, by miał on zawsze dostęp do słoja z miodkiem. Po czym źli ludzie, także z własnej partii, donosili dziennikarzom, gdzie schowano misia. I zabawa zaczynała się od początku, ku rozpaczy pani premier, bo łatwo dawało się dostrzec, do jakiej wściekłości doprowadzają wyborców profity oferowane przez partię młodemu aparatczykowi. Z kolei w mediach narodziła się nowatorska gałąź wiedzy. Co wprawniejsi misiolodzy tworzyli sprzeczne teorie, co takiego ma w sobie młodzieniec, a nie mają inni pisowscy aktywiści, że minister jest gotów dla niego iść na wojnę ze wszystkimi. Demonstrując, gdzie mu mogą skoczyć premier czy prezydent. Tym, coraz bardziej bezradnym, personom z odsieczą musiał przyjść sam prezes. Ale brutalne oderwanie misia od miodu niczego nie zmienia, bo szefem MON pozostaje Antoni Macierewicz. W swej długiej i bogatej karierze politycznej czasem taktycznie się wycofywał, lecz nigdy nie ustał w wysiłkach, by postawić na swoim. Co gorsza, sztuczki ze schowaniem pana Antoniego przed wyborami już nie da się powtórzyć. Zaś realne zepchnięcie na boczny tor może kosztować PiS otwarty konflikt z twardym zawodnikiem i utratę kilku procent elektoratu. Ot, klasyczna sytuacja bez dobrego rozwiązania.
Poza tym wisi na szyi partii rządzącej sporo innych, nie tak ciężkich, choć ciągnących w dół, kamieni. Jest mistrz dyplomacji, zdolny najprostszą rozgrywkę zamienić w efektowną klęskę. Dość przypomnieć, jak Witold Waszczykowski planował zbliżenie z Białorusią, dając Aleksandrowi Łukaszence, co tylko chciał. Dyktator wziął i nie podziękował nawet za odcięcie finansowania dla telewizji Biełsat. Za to, dzięki stworzeniu pozorów prozachodniego zwrotu, przekonał Kreml, by ten złagodził stanowisko i w połowie kwietnia 2017 r. podpisał nową umowę na dostawy ropy i gazu dla Białorusi. Kończąc tak, dzięki wsparciu Warszawy, trwający ponad rok konflikt na linii Mińsk – Moskwa. Wpuszczanie szefa polskiego MSZ w maliny okazuje się sprawą tak prostą, że powinny tego zabraniać międzynarodowe konwencje.
Na tym, że PiS nie przyciągnie nowego elektoratu, zaważą także liczne fronty otworzone pod hasłem skończenia z „państwem teoretycznym”. Co w praktyce, jak na razie, owocuje chaosem w administracji, sądownictwie, szkolnictwie etc. Burząc zwykłym obywatelom i tak deficytowe poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Każdy ma skończony stopień odporności na nieustanne, polityczne rozedrganie, gdy się go przekracza, ludzie chcą już tylko odpocząć. Rząd PiS, z racji natury Jarosława Kaczyńskiego, nie jest w stanie zaoferować stabilizacji. Wszystko razem będzie oznaczało ok. 30 proc. głosów w kolejnych wyborach.
W tym momencie dużo ważniejsze są liczby odnoszące się do partii opozycyjnych. W ich przypadku kierunek zmian wskazały dwa egzotyczne miejsca na literę M (połączone jak: miłość i nienawiść): Madera i Malta.
Noworoczny wypad Ryszarda Petru z piękną posłanką dał wiele powodów do radości nie tylko czytelnikom brukowców. Obyczajowa wpadka lidera Nowoczesnej przetrąciła kręgosłup tej partii i to tak mocno, że już raczej nie da się jej uratować przed nadciągającym zgonem. Bez struktur terenowych oraz funduszy trudno liczyć na sukces w wyborach samorządowych. A poniesienie w nich klęski to ostateczny gwóźdź do trumny ugrupowania, którego lider okazał się ociupinkę nazbyt nowoczesny.
Zniesmaczony tym elektorat zastanawiał się, co zrobić, do czasu pamiętnej maltańskiej szarzy, na jaką skazano Witolda Waszczykowskiego. Jej wynik 27 do 1 w głosowaniu nad przedłużeniem kadencji przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska stał się najboleśniejszą porażką rządu. A Tusk nadal wszystkim kojarzy się z Platformą. Kolejne sondaże pokazały, w którą stronę zaczął płynąć elektorat Nowoczesnej. Co oznacza, że za dwa lata PO zbierze ok. 30 proc. głosów. Przy czym Grzegorz Schetyna nie musi nic robić, a nawet lepiej, żeby na tym się skupił, bo wówczas prawdopodobieństwo powtórzenia tak żenującego spektaklu, jakim stała się grudniowa okupacja Sejmu, zdecydowanie spada. Jeśli więc dwie główne partie przygarną tradycyjny elektorat, to o tym, jak wyglądać będzie przyszły rząd, zdecydują znów wyborcy z centrum oraz zdolności koalicyjne z mniejszymi ugrupowaniami.
Jedyną nadzieją PiS na utrzymanie władzy pozostaje Kukiz’15. Czyli zbieranina indywidualności z kompletnie nieobliczalnym liderem. Chyba już tylko wyłączność na własne nazwisko powoduje, że nadal jest tylko jeden Kukiz’15, lecz nawet ten problem może dać się obejść. Ilu Kukizów wystartuje w kolejnych wyborach, czy dostaną się do Sejmu oraz z kim zechcą współpracować, pozostaje absolutną zagadką. Dziś obowiązuje pewnik, że Paweł Kukiz musi zawsze chcieć popierać Jarosława Kaczyńskiego, a nie np. swego kolegę ze studiów Grzegorza Schetynę. Tylko czy faktycznie musi? Natomiast próg wyborczy zapewne jak zwykle pokona PSL. Również pewne oznaki życia zaczyna wykazywać SLD.
Wbrew nieustannej propagandzie sukcesu sytuacja Prawa i Sprawiedliwości nie przedstawia się wesoło. Mimo to partia i rząd z niezwykłym uporem wcielają w życie uroczy bon mot Lenina. Ten o sznurze, który kapitaliści sprzedadzą bolszewikom, by ci mieli na czym ich powiesić. Wodzowi światowego proletariatu taka sztuka się nie udała, natomiast PiS z uporem maniaka plecie linę, jaką następnie przekaże następcom. Nowe rozwiązania pozwalają wyczyścić wszystkie urzędy i obsadzić swoimi w kilka tygodni, bez konieczności zmieniania ustaw. Podobnie jak stanowić nowe prawo bez oglądania się na Trybunał Konstytucyjny, bo ten udało się całkowicie zdyskredytować. Z rzeczy praktycznych, do codziennego użycia będzie podległa bezpośrednio ministrowi sprawiedliwości prokuratura. Gdy zaś dobrze pójdzie reforma ministra Ziobry, to także sądy. Tu w zasadzie znajduje się rdzeń „sznura” w postaci możliwości mianowania przez ministra sprawiedliwości prezesów sądów okręgowych i apelacyjnych. Po czym należałoby oddać tylko ich uznaniu ustalanie składów orzekających. Dalszy ciąg wypadków łatwo sobie wyobrazić. W nim wyrok, który dostał za czasów rządów Platformy Mariusz Kamiński, pospiesznie ułaskawiony przez prezydenta Dudę, będzie uznawany za szczyt łagodności. Całkiem spore grono sędziów może otrzymać wreszcie okazję do rewanżu za cztery lata oskarżania, poniżania, reformowania. Za nagłaśnianie historii o kradzieżach pendrive’ów i spodni etc., etc. Takim sposobem, z pewnym opóźnieniem, doszłoby do realizacji programu „Cela plus”, którego spodziewano się za obecnej kadencji Sejmu.
Zwycięzca kolejnych wyborów weźmie w Polsce wszystko, poczynając od telewizji rządowej (nie wiadomo, dlaczego nazywanej publiczną... a może i wiadomo) i spółek Skarbu Państwa, na wszystkich instytucjach budżetowych kończąc. Wówczas ostatnim bezpiecznikiem na scenie politycznej zostanie prezydent. Na razie jest nim Andrzej Duda, lecz od miesiąca akcja promocyjna urządzona przez PiS Donaldowi Tuskowi zaczyna przynosić efekty. Jego sławetna wyprawa z Sopotu do Warszawy na pokładzie pendolino zdaje się wskazywać, iż przewodniczący Rady Europejskiej rozważa możliwość kandydowania w przyszłych wyborach prezydenckich. Wówczas ten doświadczony polityczny kiler będzie miał przeciwko sobie dobrze wychowanego harcerza, na co dzień lekceważonego nie tylko przez ministra obrony narodowej. Zaiste przywódcy Prawa i Sprawiedliwości powinni już popaść w wiosenną melancholię.
Ale nie tylko oni.
To, że PiS wygenerował sobie sporą grupę ludzi pragnących zemsty i szykuje narzędzia, które bardzo ją ułatwią, to nie tylko problem prącej ku samobójstwu partii. To niestety również kłopot zwykłych mieszkańców III RP. W spadku po rządach PO zostało państwo w stanie bezwładu. Wydzielenie prokuratora generalnego pozbawionego realnej władzy nad prokuratorami sprawiło, że bardzo szybko przekształcili się oni w zastępczych sędziów. Uznaniowo oceniając, czy warto kogoś ścigać, czy też nie. Przyrodzona, nie tylko w Polsce, skłonność państwowych urzędników do robienia „niczego”, bo tak jest najbezpieczniej, zdominowała kierunek ich działań. Ta sama zasada tyczyła się wielu instytucji odpowiedzialnych za dbanie o nasze dobro. Dość przypomnieć, co zrobił KNF czy UOKiK, by zapobiec nadużyciom spółki Amber Gold. Na przypomnienie wystarczy w zasadzie jedno zdanie – chcieli dobrze, lecz na chceniu się skończyło. O przewlekłości działania sądów, bo procedury, prawo i ich organizacja są kompletnie oderwane od rzeczywistości, nie ma co wspominać. Nie lepiej wyglądała sytuacja w armii, w której liczba generałów przewyższała ilość nowoczesnego sprzętu. Tę wyliczankę można kontynuować, uzupełniając np. o szkolnictwo wyższe na poziomie Trzeciego Świata, wiecznie niedoinwestowaną służbę zdrowia, fatalną jakość prawa etc. W III RP, tam, gdzie państwo ponosi odpowiedzialność za stan i działanie jakiejś instytucji, wielką rzadkością było to, że po trafiła ona dobrze służyć obywatelowi. W sumie jedyną sprawnie działającą od lat okazywała się straż pożarna. Tymczasem poprzednia elita władzy do dziś pławi się w samozadowoleniu i absolutnym braku zdolności do krytycznej autorefleksji. Temu modelowi PiS przeciwstawia własny. Sprowadzający się do takiego uproszczenia prawa i procedur, by na każde stanowisko można było wprowadzić zaufanego człowieka i równie łatwo go odwołać. Teoretycznie powinno to ułatwiać zarządzanie, a w praktyce przenosi model wodzowskiej partii na całe struktury państwa. Co bardzo szybko eliminuje ze wszystkich organów jednostki wartościowe i samodzielne na rzecz karierowiczów określanych za czasów PRL skrótem bmw (bierny, mierny, ale wierny). Wówczas oznaczało to dominację patologii w każdym aspekcie funkcjonowania państwa. Trudno przypuszczać, żeby teraz miało być inaczej.
Nadchodząca klęska PiS najpewniej będzie oznaczać, że następcy zaczną od rewanżu i demontażu wszystkiego, co poprzednikom udało się mimo wszystko zrobić pozytywnego. A potem powstanie wielka pokusa, żeby patologie III RP twórczo połączyć z tymi wygenerowanymi przez obecny rząd. Bo taki kraj byłby idealnie wygodny dla sprawującej władzę elity, nawet jeśli w swym kształcie przypominać będzie coraz większą kupę kamieni.