Nowy holenderski rząd zostanie utworzony przez centroprawicę obecnego premiera Marka Ruttego wspartą przez umiarkowane partie centrum; polityka zagraniczna tego gabinetu będzie kontynuacją dotychczasowej linii - przewiduje analityk Jan Schinkelshoek.

"Holandia po zaciętej kampanii wybrała umiarkowaną politykę. Narodowi populiści zostali powstrzymani przez wyborców. Premier Mark Rutte będzie kontynuował rządzenie; stworzy gabinet wraz z umiarkowanymi partiami centrum" - powiedział w Hadze PAP Schinkelshoek, który jest były strategiem chadeków, a obecnie konsultantem i komentatorem politycznym w Holandii.

Jak wskazał Partia Ludowa na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) Ruttego najpewniej utworzy rząd z Chrześcijańskimi Demokratami (CDA) oraz wolnorynkowymi Demokratami 66 (D66). Ugrupowania te mają razem 69 głosów, w 150 osobowej izbie niższej parlamentu, zatem będą potrzebowały jeszcze poparcia 6 deputowanych aby uzyskać większość. "Możemy się spodziewać koalicyjnego gabinetu utworzonego przez umiarkowane siły" - zauważył ekspert. Jego zdaniem uformowanie nowego rządu zajmie co najmniej 2-3 miesiące.

Reklama

Schinkelshoek nie spodziewa się zmian w polityce zagranicznej Holandii, ani postawy tego kraju wobec UE. "Z tym gabinetem Holandia będzie przewidywalnym parterem dla krajów UE, tak jak do tej pory. Nie będzie żadnych zmian w polityce zagranicznej" - ocenił.

Zwrócił uwagę, że mniejsze poparcie niż oczekiwano dostała antysystemowa, antymuzułmańska i antyunijna Partia na rzecz Wolności (PVV) Geerta Wildersa. Ugrupowanie to jeszcze na przełomie roku prowadziło w sondażach, jednak problemy w kampanii, brak środków, a także bardziej zdecydowana postawa sprawujących władzę wobec kwestii imigracyjnych sprawiły, że ostatecznie ugrupowanie to zajęło drugie miejsce na równi z jeszcze dwoma innymi partiami. Dystans jaki dzieli partie Ruttego i Wildersa jest spory, zwłaszcza biorąc pod uwagę przedwyborcze badania opinii publicznej, w których różnica między nimi była na granicy błędu statystycznego.

Reklama

Schinkelshoek uważa, że tama jaką postawili Holendrzy populizmowi może mieć znaczenie dla innych krajów. Wybory w Królestwie Niderlandów były postrzegane jako test przed mającymi się odbyć za kilka tygodni wyborami prezydenckimi we Francji, gdzie szanse na zwycięstwo w pierwszej turze ma antyimigrancka i antyunijna liderka Frontu Narodowego Marine Le Pen.

Holenderską elekcję z uwagą śledzili też Niemcy, którzy również mają problem z prawicowymi populistami, jacy wyrośli na sprzeciwie wobec imigrantów.

Szef gabinetu kanclerz Niemiec Angeli Merkel, Peter Altmaier, pogratulował zresztą jeszcze w nocy wyborczej Holendrom "wspaniałego" rezultatu. "Holandio, Holandio zwyciężyłaś” - napisał po holendersku na Twitterze. W wyborach do Bundestagu jakie odbędą się we wrześniu po raz pierwszy ma szanse na zdobycie mandatów antyimigrancka Alternatywa Dla Niemiec (AfD).

Z gratulacjami dla Holendrów jeszcze w noc wyborczą pośpieszył też minister spraw zagranicznych Francji Jean-Marc Ayrault. „Gratuluję Holendrom powstrzymania wzrostu skrajnej prawicy” – napisał na Twitterze.

Wynik wyborów w Holandii oznacza, że "triumf populistów nie jest taki jednoznaczny jak się wydawało. Po Brexicie, po Trumpie wydawało się, że populiści zaczną wygrywać w Europie, zaczynając od Holandii. Dziś stało się jasne, że przynajmniej w naszym kraju zostali powstrzymani" - ocenił Schinkelshoek.

Z sondaży exit poll wynika, że Partia Ludowa na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) Ruttego zdobyła w środę najwięcej mandatów w wyborach parlamentarnych w Holandii. VVD ma zająć 31 ze 150 miejsc w izbie niższej.

Partia na rzecz Wolności Geerta Wildersa (PVV) uzyskała 19 mandatów, tyle samo co Apel Chrześcijańsko-Demokratyczny (CDA) i wolnorynkowi Demokraci 66 (D66). Przedwyborcze sondaże przewidywały, że PVV może zdobyć kilka mandatów więcej, ale wysoka frekwencja zaszkodziła populistom.