Do Sojuszu wchodziliśmy z 200-tysięczną armią w czasach sielanki. Dziś Wojsko Polskie liczy 100 tys. żołnierzy, a historia radykalnie przyspieszyła.
Na pamiątkowym zdjęciu z 1999 r. uwieczniono szefa dyplomacji Bronisława Geremka i sekretarz stanu USA Madeleine Albright. 12 marca w amerykańskim mieście Independence minister spraw zagranicznych przekazał akt przystąpienia Polski do Traktatu Północnoatlantyckiego i wówczas nasz kraj stał się członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. W najbliższą niedzielę Wojsko Polskie uzyska „natowską” pełnoletniość. Choć trudno uznać, że w 1999 r. było w powijakach, to jednak przemiany, jakie zaszły przez te 18 lat, śmiało można porównać do dojrzewania młodego człowieka.
By uświadomić sobie ogrom zmian: zaledwie 10 lat przed przystąpieniem do NATO krajem rządził Wojciech Jaruzelski, a w 1994 r. doszło do niesławnego obiadu drawskiego, podczas którego generałowie zachęceni przez prezydenta Lecha Wałęsę zażądali odwołania ministra obrony Piotra Kołodziejczyka. Wtedy cywilna kontrola nad armią nie była tak oczywista, jak jest teraz. Ale co istotne, wśród zdecydowanej większości ówczesnych elit politycznych Rzeczypospolitej panował konsensus, że powinniśmy wstąpić do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Od 1995 r. Polska była w natowskim programie „Partnerstwo dla Pokoju”, w ramach którego m.in. ćwiczyliśmy z obecnymi sojusznikami.