Obywatele Turkmenistanu uczestniczyli dziś w wyborach nowego parlamentu, które władze nazwały testem demokracji, a krytycy władz - fikcją.

Były to pierwsze wybory parlamentarne od śmierci przed dwoma laty autokratycznego przywódcy Turkmenistanu Saparmurada Nijazowa.

Jego następca Kurbankuły Berdymuchammedow zapowiadał wybory jako ważny krok na drodze ku demokracji, lecz jego oponenci utrzymują, że głosowanie było po to, by uspokoić państwa zachodnie, które pragną dostępu do turkmeńskiego gazu, lecz niepokoją się stanem praw człowieka w Turkmenistanie.

W niedzielnych wyborach o każde ze 125 miejsc w nowym parlamencie ubiegało się co najmniej dwóch kandydatów, czyli inaczej niż w poprzednich, gdy wielu kandydatów nie miało w ogóle konkurentów.

W kraju jest tylko jedna partia i większość kandydatów ją reprezentowała

Z drugiej jednak strony w kraju jest tylko jedna partia - i większość kandydatów właśnie ją reprezentowała. Demokratycznej Partii Turkmenistanu (DPT) przewodniczy prezydent Berdymuchammedow. Resztę kandydatów wysunęły lojalne wobec władz związki zawodowe, organizacje kobiece i kombatanckie.

"To tylko pozory" - mówi o wyborach znany turkmeński obrońca praw człowieka Farid Tuchbatulin, który mieszka na uchodźstwie w Wiedniu.

"Prezydent chce się zaprezentować jako demokratyczny reformator, lecz nie pragnie zmian obecnego systemu" - powiedział.

Do urn poszło niemal 94 proc. uprawnionych do głosowania

Do głosowania było uprawnionych ponad 2,5 mln Turkmenów. Mimo niemal całkowitego braku kampanii wyborczej, do urn poszło niemal 94 proc. ludzi.

Wyniki wyborów mają zostać opublikowane w ciągu dziesięciu dni.

Wybory obserwowała licząca 40 osób delegacja Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP). OBWE postanowiła nie wysyłać na wybory w Turkmenistanie pełnej misji, podkreślając, że przy obecnej ordynacji wyborczej nie ma mowy o rzeczywistej rywalizacji.