Manipulowanie granicami okręgów wyborczych w Teksasie stało się zarzewiem politycznej wojny, jakiej Ameryka jeszcze nie widziała

A gdyby to politycy wybierali sobie wyborców, a nie na odwrót? Czy demokracja nie byłaby wtedy dużo prostsza? Wystarczy, że partie narysują okręgi wyborcze tak, aby większość ich mieszkańców popierała ich kandydatów.

W Stanach Zjednoczonych praktyka ta stosowana jest już od ponad 200 lat. Określa się ją gerrymanderingiem – od gubernatora Massachusetts Elbridge'a Gerry'ego, który w 1812 r. jako pierwszy polityk przesunął granice okręgów w taki sposób, by wygrał kandydat z jego ugrupowania. Dziennik „Boston Gazette” potępił zabiegi gubernatora, a na dowód matactw opublikował rysunek przedstawiający powykręcaną mapę wyborczą. Jeden z czytelników dopatrzył się w dziwacznym kształcie podobieństwa do salamandry, nazywając go „gerrymandrą”. I tak zostało. Dziś gerrymandering to nieodłączny element amerykańskiej polityki. Przydatny w rywalizacji partyjnej, a jednocześnie krytykowany przez obrońców demokratycznych wartości.

Konstytucja nie opisuje procedury tworzenia map wyborczych. Przewiduje jedynie ogólną zasadę, zgodnie z którą podział miejsc w Izbie Reprezentantów ma się opierać na liczbie mieszkańców poszczególnych stanów (w Senacie każdy stan ma dwóch przedstawicieli). Ojcowie założyciele zobowiązali też administrację federalną do przeprowadzania raz na 10 lat spisu powszechnego. Miało to zagwarantować, że rozkład mandatów będzie uwzględniać zmiany demograficzne. W 1929 r. ustalono zaś, że liczba członków niższej izby Kongresu będzie stała i wyniesie 435.

Od tamtej pory stany, których populacja w ciągu dekady się skurczyła lub rosła najwolniej, tracą przedstawicieli. Te, które zyskały wielu mieszkańców, dostają dodatkowe miejsca. Nie powinno więc zaskakiwać, że gerrymandering tylko zyskiwał na popularności. Niektóre mapy wyborcze mają tak dziwaczne kształty, że dorobiły się prześmiewczych nazw. Do najsłynniejszych należą m.in.: „Królik na deskorolce” (17. okręg w Illinois), „Kaczor Donald” (7. okręg w Pensylwanii), „Pterodaktyl” (3. okręg w Maryland) i „Maska Zorro” (4. okręg w Luizjanie).

Debata o gerrymanderingu wybuchała dotąd po każdym spisie ludności, a następnie gasła na kolejne 10 lat. Tym razem jest inaczej. Choć mamy dopiero połowę dekady, manipulowanie granicami okręgów wyborczych stało się zarzewiem politycznej wojny, jakiej Ameryka jeszcze nie widziała.

Demokratyczni uchodźcy

Wszystko za sprawą Teksasu. Szykując się do wyborów śródokresowych (tzw. midterms) w 2026 r. władze stanu postanowiły pomajstrować przy mapach, aby zapewnić republikanom dodatkowe pięć mandatów. Sprawa jest bezprecedensowa – nie tylko dlatego, że kolejny cenzus odbędzie się za pięć lat, lecz także dlatego, że gubernator Greg Abbott nakazał przerysować granice okręgów na polecenie Białego Domu.

W wyborach w 2024 r. republikanie wygrali prezydenturę, przejęli Senat i zachowali kontrolę nad Izbą Reprezentantów. Jest jednak spore prawdopodobieństwo, że w 2026 r. stracą pięciomandatową przewagę w niższej izbie. Zwłaszcza że przemawiają za tym trendy historyczne. Pierwsze wybory do Kongresu w nowej kadencji prezydenckiej często są traktowane jako referendum dotyczące dokonań administracji. A rządy Donalda Trumpa nie budzą zachwytu Amerykanów. W sierpniowym badaniu Pew Research Center jego pracę pochwaliło tylko 38 proc. ankietowanych. Rozczarowanie widać szczególnie w grupach, które odegrały ważną rolę w zwycięstwie przywódcy MAGA. Wśród Latynosów poparcie dla szefa administracji spadło z 48 do 27 proc., wśród Amerykanów azjatyckiego pochodzenia z 40 do 31 proc., a wśród najmłodszych wyborców z 39 do 33 proc.

Dlaczego awantura o granice okręgów wybuchła akurat w Teksasie? Powody są dwa. Po pierwsze, republikanie dominują w tamtejszej legislaturze, a gubernator Abbott jest zadeklarowanym sympatykiem MAGA. Po drugie, Teksas ma aż 38 miejsc w Izbie Reprezentantów, najwięcej spośród wszystkich konserwatywnych stanów (więcej przypada tylko na demokratyczną Kalifornię – 52).

Problem w tym, że już dzisiaj rozkład mandatów nie odzwierciedla dobrze preferencji politycznych mieszkańców. Teksańscy republikanie mają w rękach 25 okręgów, czyli stanowią niemal 66 proc. stanowej delegacji do Izby Reprezentantów. Jeśli przejmą dodatkowe pięć mandatów, odsetek ten wzrośnie do 80 proc. Tymczasem w 2024 r. na Trumpa zagłosowało 56 proc. Teksańczyków.

Afera rozkręciła się na dobre 3 sierpnia, gdy w proteście przeciwko gerrymanderingowi ponad 20 demokratów nie stawiło się na posiedzenie legislatury w Austin. W efekcie w izbie niższej zabrakło quorum, aby przyjąć nowe mapy wyborcze – stanowa konstytucja wymaga obecności na głosowaniu dwóch trzecich członków parlamentu. Zgodnie z przepisami legislatorzy muszą płacić 500 dol. grzywny za każdy dzień nieobecności. Politycy, którzy paraliżują proces ustawodawczy, w razie konieczności mogą też być przymusowo doprowadzeni na salę obrad. Aby uniknąć aresztowania, demokraci uciekli więc poza granice stanu. Gościnę zapewnił im gubernator Illinois i miliarder J.B. Pritzker.

Wypadki potoczyły się jak w filmie akcji. W pościg za rebeliantami rzucili się agenci FBI. Abbott, który odebrał „teksodus” jako osobistą zniewagę, zagroził im usunięciem z legislatury. Prokurator generalny Ken Paxton wystąpił nawet do zdominowanego przez konserwatystów Sądu Najwyższego Teksasu o anulowanie mandatów demokratycznych uchodźców. Ponieważ atmosfera się zagęszczała, na początku tego tygodnia politycy powrócili do Austin. Republikanie błyskawicznie przegłosowali nowe mapy.

Ogień zwalczać ogniem

Gerrymandering to domena obu partii, ale w ostatnich latach to konserwatyści agresywniej sięgali po tę praktykę. Demokraci często szli w odwrotnym kierunku. Kalifornia już w 2008 r. ustanowiła obywatelską komisję ds. zmiany okręgów wyborczych, w której skład weszło po pięciu demokratów i republikanów oraz cztery osoby spoza polityki. W 2014 r. niezależną, ponadpartyjną komisję utworzył Nowy Jork. Jego śladem poszły wkrótce m.in. Arizona, Kolorado, Michigan i stan Waszyngton. Demokraci wciąż próbują się pozbierać po przegranej wyborach prezydenckich, lecz ich wysiłki nie przekonują opinii publicznej. Według lipcowego sondażu „Wall Street Journal” notowania partii są najniższe od 35 lat – popiera ją tylko 33 proc. Amerykanów. Wielu lewicowych wyborców entuzjastycznie zareagowało na opór, jaki demokraci postawili w Teksasie, bo po raz pierwszy od dawna zobaczyli w ich szeregach wolę walki. Niektórzy politycy uznali tę awanturę za szansę na wzmocnienie własnej pozycji. Pałeczkę lidera przejął gubernator Kalifornii Gavin Newsom, który ogłosił, że jeśli teksańscy republikanie nie wycofają się z gerrymanderingu, „będzie zmuszony ogień zwalczać ogniem”. Tydzień temu wysłał do Trumpa list, w którym zaapelował, by nakłonił gubernatora Abbotta do porzucenia planu przejęcia pięciu mandatów. Ostrzegł, że jeśli jego oczekiwanie nie zostanie spełnione, „rozpocznie proces zmiany granic okręgów w Kalifornii, aby zneutralizować manipulowanie mapami wyborczymi w konserwatywnych stanach”.

To nie pierwsze starcie Newsoma z Białym Domem. Do najgłośniejszej konfrontacji doszło w czerwcu, kiedy mimo braku zgody gubernatora Trump wysłał do Los Angeles żołnierzy Gwardii Narodowej i piechoty morskiej, by rozprawili się z protestami przeciwko nalotom agentów ICE (Immigration and Customs Enforcement). W odpowiedzi Newsom złożył pozew przeciwko prezydentowi, zarzucając mu naruszenie ustawy zakazującej używania wojska do przywracania porządku publicznego.

Zdaniem ekspertów kalifornijscy demokraci mogliby dość łatwo powiększyć swoją delegację do Waszyngtonu o siedmiu kongresmenów. – W gruncie rzeczy byłoby to dobre posunięcie – mówi mi Shawn Donahue, profesor na New York University, który w 2019 r. występował przed Sądem Najwyższym USA w sprawie dotyczącej gerrymanderingu na tle rasowym w stanie Wisconsin (Gill v. Whitford). – Jak pokazują modele prognostyczne, po następnym spisie powszechnym największe bastiony demokratów – Kalifornia, Nowy Jork i Illinois – stracą mandaty. Z kolei Teksas i Floryda powiększą swoje pule. W efekcie zmieni się również rozkład głosów elektorskich w wyborach prezydenckich – wyjaśnia Donahue.

O ile w Teksasie zmiana mapy wyborczej wymaga akceptacji jedynie legislatury, o tyle w Kalifornii muszą na to wyrazić zgodę mieszkańcy. Oznacza to konieczność rozpisania specjalnego głosowania, którego wynik nie jest pewny – według sondaży zdecydowana większość Kalifornijczyków opowiada się za tym, by granice okręgów wyznaczała obywatelska komisja. Zakusy Newsoma skrytykował też były gubernator Arnold Schwarzenegger. Niemniej batalia o mapy wyborcze powoli się rozlewa na kolejne stany – zarówno demokratyczne (Illinois i Nowy Jork), jak i republikańskie (Floryda, Missouri, Indiana i Ohio).

Nie w tym klimacie

Co to oznacza dla amerykańskiej demokracji? – Im mniej uczciwej rywalizacji o mandaty, tym większa polaryzacja i więcej radykalnych polityków, którzy nie są zainteresowani wypracowywaniem kompromisów w imię dobra wspólnego – mówi mi Samuel Issacharoff, konstytucjonalista z New York University School of Law i współautor monografii, która wywarła duży wpływ na orzecznictwo sądowe „The Law of Democracy' (1998).

Issacharoff uważa, że z powodu manipulacji granicami okręgów realna walka toczy się o mniej niż 100 z 435 foteli – w pozostałych przypadkach zwycięzca jest z góry znany. – Jedyne głosowania, które wciąż wyglądają tak jak powinny, to partyjne prawybory. Problem w tym, że mają one dużo niższą frekwencję, bo przyciągają najbardziej zaangażowanych obywateli, którzy jednocześnie mają najbardziej skrajne poglądy. Wygrywają więc kandydaci oddaleni od centrum. To tłumaczy, dlaczego Kongres stał się tak bardzo dysfunkcyjny – uważa Issacharoff.

Ojcowie założyciele nie przewidzieli takiej ewolucji systemu. Za największe zagrożenie dla nowego państwa uznawali zjawisko, które Alexis de Tocqueville określił później „tyranią większości”. James Madison, główny autor konstytucji, pisał na łamach prasy, że obawia się powstania frakcji większościowej, której interesy wezmą górę nad dobrem publicznym i prawami obywateli („Federalist Papers”, nr 10, 22 listopada 1787 r.). Tymczasem współcześnie można zaobserwować odwrotny fenomen. – Żyjemy w erze tyranii mniejszości – mówi Issacharoff. – Nie ma niczego złego w tym, że jedna partia zdobywa prezydenturę, Senat i Izbę Reprezentantów. Problemem jest to, że politycy, którzy dostają się do Kongresu, są wybierani przez mniejszość obywateli o radykalnych przekonaniach.

Żeby to zmienić, partie musiałyby w pierwszej kolejności zrezygnować z gerrymanderingu i postawić na niezależne komisje. Issacharoff uważa, że jednym z rozwiązań mogłoby być uchwalenie ustawy odmawiającej przedstawicielstwa w parlamencie stanom, które przerysowują mapy wyborcze pomiędzy spisami powszechnymi. W obecnym klimacie politycznym nie ma jednak na to szans. Walkę z gerrymanderingiem utrudnia też SN, który w 2019 r. stwierdził, że sądy federalne nie są uprawnione do orzekania w sprawach dotyczących manipulacji okręgami (Rucho v. Common Cause).

Mimo to Issacharoff pozostaje optymistą. – Żyjemy w czasach niebywałej destabilizacji instytucji, mamy prezydenta, który zdaje się robić wszystko, by jeszcze bardziej je osłabić. Nie brakuje głosów, że Ameryka chyli się ku upadkowi. Czyżby? Przetrwaliśmy prezydenturę Andrew Jacksona i wyszliśmy na prostą po wojnie secesyjnej. Historia pokazuje, że nie można być niczego pewnym – konkluduje. ©Ⓟ

Gubernator Kalifornii Gavin Newsom podczas wystąpienia krytykującego propozycje zmiany granic okręgów wyborczych. Los Angeles, 14 sierpnia 2025 r.
ikona lupy />
Gubernator Kalifornii Gavin Newsom podczas wystąpienia krytykującego propozycje zmiany granic okręgów wyborczych. Los Angeles, 14 sierpnia 2025 r. / Materiały prasowe / fot. Mario Tama/Getty Images