Ludzie premiera Morawieckiego, jak pamiętamy, przywieźli z Brukseli ustawę, w której nie można było zmienić ani przecinka – aby wprowadzić ją w życie, należało jednak zmienić konstytucję. Rządowa większość i Komisja Europejska widać mniej więcej tak samo podchodzą do zapisów polskiej ustawy zasadniczej. A Polacy, wiadomo, korzystają z konstytucji wtedy, kiedy jest wygodnie, a w innych sytuacjach odwołują się do klasyka: „Sądy sądami, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Głosowanie wyraźnej większości opozycji za tą niekonstytucyjną ustawą było zimnym prysznicem dla tych wszystkich, których umysły projektowały fałszywą rzeczywistość – że oto opozycja broni Konstytucji RP w walce ze smokiem. E, tam. Broni, kiedy jej pasuje. Teraz nie pasowało. Trochę żal aktywistów, którzy czytali konstytucję na głos, marzli na demonstracjach i pozdrawiali się cytatami z ustawy zasadniczej. Ale trochę i nie żal – mogli przecież wyciągnąć wnioski z historii narodowej.

Konstytucja nigdy nie była u nas dokumentem, którego treść szczególnie wyrażała pragnienia ludzkich serc. Może do pewnego stopnia tak było z Ustawą Rządową z 1791 r., ale też natychmiast przyszli ruscy i ją zgasili – legendarna matka polskich konstytucji nigdy nie weszła w życie. Rosyjska z 1815 r. została nadana przez cara i on ją też naginał (bo sądy sądami, ale...). Marcowa z 1921 r. była knotem i Piłsudski obalił ją poprzez wojskowy zamach, a potem stosował, kiedy chciał, a przykrywał kocem, kiedy nie chciał. Tuż przed jego śmiercią obóz władzy uchwalił skrojoną na miarę Marszałka nową, ale Piłsudski właśnie zmarł i nawet sanacja korzystała z własnej konstytucji tylko wtedy, kiedy było jej wygodnie. O konstytucji komunistów nawet nie ma co mówić, bezwartościowy papier.

Reklama

Prorocze były koszulki z napisem „Kons TY tuc JA”. No właśnie o to chodziło, że kiedy JA mogę palnąć Cię moją konstytucją, to palnę. A kiedy nie, to robię, jak chcę. Już tam mówi ojciec do swej Basi cały zapłakany, córuś słodka nie męcz oczka tymi konstytucjami... ©℗