To prawda, że wojny XXI w. Zachód oglądał na żywo i w doskonałej rozdzielczości. Ale jest też prawdą, że najczęściej – mimo uwikłania w wiele z nich – obserwował je z wnętrza dobrze wytłumionego pomieszczenia. Bo choć były oglądane na ekranach telewizorów, komputerów i smartfonów, to jednak oddzialały nas od nich: geograficzny dystans, bariery językowe, kulturowe różnice oraz pejzaż anonimowych dla widza miast. Jak w szpiegowskim serialu „Homeland”: Kabul wygląda jak Damaszek, Bagdad jak Teheran, zaś akcenty antybohaterów – z wyjątkiem agenta Gromowa z Moskwy – brzmią tak samo. Język, którym opisywane były na Zachodzie wojny ostatnich dekad, również zrobił swoje: „interwencje”, „operacje” i „kampanie” rozgościły się na dobre w naszych słownikach.
Z atakiem Rosji na Ukrainę jest inaczej.