Głosowanie za lex TVN było jego moralną wpadką, głosowanie za lex Czarnek ośmieszyło go – bo co to za wolnościowcy, którzy wspomagają kuratorów, partyjnych nominatów, kosztem i tak stygnącej autonomii szkół. Ale kiedy Kukiz ogłosił, że jego ruch jest „wirtualny”, że naród nie dojrzał do projektów lidera wirtualnej formacji, który w ogóle z polityki chyba sobie pójdzie, poczułem w sercu smutek. Bo co by nie powiedzieć o kukizowcach, próbowali oni wlać nadzieję w naród, że istnieje życie poza polskim matrixem.
W ramach medialno-politycznego tsunami niejeden z nas uwierzył, że żyjemy w dyktaturze. Na peryferiach zwojów mózgowych przechadza się wiedza, że arsenał „analiz” i „opisów” polskiej rzeczywistości, czerpiących pełnymi garściami z opozycyjnej narracji lat stanu wojennego, kreuje nadrzeczywistość. A niech tam! Nie mam siły mocować się z problemami współczesności. Wolę mocować się z problemem „dyktatury PiS”, bo problem złych obcych u władzy to w polskiej tradycji problem oswojony i rozpisany na głosy. Odnalazłem swój tunel emocjonalny i dobrze mi w nim. A tych q…a z drugiej strony po prostu nienawidzę i cześć. (Czy taka postawa nie przypomina postawy pisowców, którzy postanowili uwierzyć, że w 2015 r. Polska „odzyskała niepodległość”, na którą wciąż jednak dybią PO i Hołownia? Przypomina. Tak mnie więcej 1:1).