Reklama
Przeglądam właśnie wydarzenia z 2021 r. w poszukiwaniu tych najistotniejszych dla Polski. Na czoło wysuwa się niekończąca się historia pandemii. Bo trudno pominąć sytuację, kiedy zgonów jest najwięcej od czasów II wojny światowej.
Co się nam zdarzyło
Ale koronawirus to także częściowo spełniona już groźba rwania społecznych więzi przez obostrzenia. I rodzące się w związku z tym pytanie, jak zachować równowagę między bezpieczeństwem a pewną dozą koniecznego ryzyka, abyśmy zachowali życie społeczne, edukację czy kulturę. To wreszcie pytanie o granice osobistej wolności w sytuacji, gdy zagraża się zdrowiu innych (szczepić się czy nie szczepić).
Dla zwykłych ludzi poza pandemią najistotniejsze jest także narastające pod koniec roku szaleństwo wzrostu cen, niszczące rządowe zapowiedzi podatkowego ulżenia większości Polaków programem Polskiego Ładu. Mamy zarazem ciąg dalszy sporu o to, na ile obóz rządzący pomaga sobie łokciami we wpływaniu na życie publiczne. Na ile posługuje się metodami sprzecznymi z pojęciem praworządności. Domniemanie podsłuchów wymierzonych w politycznych przeciwników PiS to zły prognostyk na kolejny rok.
Mamy również problem wschodniej granicy, który wywołał gorący spór między rządzącymi a opozycją o metody jej uszczelniania. Przy czym przynajmniej część opozycji stanęła tak naprawdę na pozycjach „openeryzmu” – przekonania, że każdy, kto chce, ma prawo dowolną granicę przekraczać, choć usiłuje się do tego nie przyznawać. Zarazem na atak białoruskiego dyktatora na wschodnią granicę Unii nakładają się wojownicze manewry Rosji wobec Ukrainy. Dopiero przyszły rok pokaże, co jest blefem Kremla, a co realną groźbą. Ale z pewnością to próba zmuszenia Zachodu, zwłaszcza USA, do geopolitycznych ustępstw. Jeśli udana, oznacza to przynajmniej pośrednie niebezpieczeństwo dla Polski.
O co wojna z Unią
Poszukałem wszakże zdarzenia, a raczej grupy zdarzeń, których konsekwencje są szczególnie niedoceniane, a zarazem fundamentalne. Konflikt rządu Zjednoczonej Prawicy z UE zakończył się praktyczną odmową wypłacenia Polsce zaliczki na Krajowy Plan Odbudowy. Grożą nam równocześnie wielomilionowe kary za niewykonywanie orzeczeń TSUE – nie tylko tego dotyczącego zmian w sądownictwie, lecz także tego, który miał doprowadzić do zamknięcia kopalni w Turowie.
Już w planie doraźnym nie widzę tego starcia w kategoriach zero-jedynkowych. Bez wątpienia organy unijne mają merytoryczną rację, piętnując uzależnienie sądów od aktualnej większości parlamentarnej oraz od ministra sprawiedliwości (inkwizycyjna procedura dyscyplinarna wobec sędziów). Pozostaje jednak co najmniej otwartym pytanie, czy TSUE miał prawo na wniosek Komisji Europejskiej tym się zajmować? W unijnych traktatach można znaleźć wzmianki o niezawisłym sądownictwie, brak tam jednak definicji niezawisłości. Czy wobec tego przywoływane przez TSUE traktatowe artykuły to wystarczająca podstawa do ingerowania przez sąd Unii w kwestie, które składają się na wewnętrzny ustrój Polski?
Co więcej, paść musi pytanie kolejne: czy Unia ma prawo odmawiać nam w związku z tym pieniędzy? Oczywiście zaskarżenie tej decyzji przez ministra Zbigniewa Ziobrę w polskim Trybunale Konstytucyjnym jest absurdem, bo przecież premier Mateusz Morawiecki zgodził się na mechanizm „pieniądze za praworządność”. Niemniej niewypłacenie nam zaliczki nie odbyło się według procedur wynikłych z tej zasady (jest ona dopiero przedmiotem rozpoznania przez TSUE), lecz arbitralnego widzimisię brukselskich urzędników. To wydaje się naruszeniem wspólnotowego prawa, choć jest czynione w imię wymuszania unijnych standardów.
Zarazem w tle mamy coś jeszcze dużo bardziej zasadniczego. Coś, czego nie da się sprowadzić do politycznego starcia Brukseli z polskim rządem. W moim przekonaniu rok 2021 przyniósł krok w kierunku przemiany Unii Europejskiej w federalne państwo. Wieszczono to od dawna, padały w Brukseli i Strasburgu takie pomysły. Teraz zaczyna się to dziać.
Więcej Europy w Europie
Z jednej strony nowa koalicja tworząca niemiecki rząd (SPD-Zieloni) wpisała taki program do swojej umowy. Z drugiej, serią wyroków TSUE zaczął torować drogę tej tendencji, nim stała się ona przedmiotem uzgodnień politycznych. Orzeczenia dotyczące Polski były szczególnie znamienne, podobnie jak towarzyszące im uzasadnienia brukselskich polityków. Polemizowali oni z werdyktem polskiego TK, żądającego, aby w sprawach nienależnych Unii uznać nadrzędność polskiej konstytucji. Polemika ta sprowadzała się de facto do twierdzenia, że wszystko, co organy unijne (łącznie z TSUE) postanowią, jest wiążącym unijnym prawem, naturalnie wyższym od krajowych ustaw zasadniczych i od krajowych przepisów. Warto zauważyć, że nawet w państwach federalnych, takich jak USA czy Niemcy, konstytucje rozgraniczają kompetencje państwa i jego części składowych (stanów, landów). Krótko mówiąc, nawet prawdziwa federacja nie może wszystkiego. A Unia wciąż nią nie jest.
Można oczywiście twierdzić, że to rządzący Polską wywołali czy wręcz przyspieszyli tę dążność do omnipotencji unijnych struktur. Ale że to coś głębszego, widać choćby na przykładzie słabo zauważonego wyroku TSUE z 21 grudnia, będącego konsekwencją werdyktów wcześniejszych. W następstwie sporów między rumuńskimi sędziami a rumuńskim Trybunałem Konstytucyjnym, TSUE orzekł, że sędziowie nie muszą czuć się związani wyrokami krajowego trybunału (w praktyce konstytucją Rumunii), jeśli uznają, że w grę wchodzi egzekwowanie prawa unijnego.
Jeśli uznają… Przy ogólnikowości i nieprecyzyjności unijnych traktatów pisanych w innej sytuacji politycznej, kiedy nie przewidywano wtrącania się centrum w uregulowania państw narodowych, o takie uznanie nietrudno. Można by powiedzieć, że ten wyrok TSUE to odpowiedź na wyrok trybunału Julii Przyłębskiej. Ale przecież zarazem to coś dużo bardziej definitywnego, zważywszy, że wyrok nie dotyczy Polski i zdaje się zapowiedzią trwałej tendencji. Popieranej przez główne zachodnie partie.
Dla Jarosława Kaczyńskiego sprawa jest jasna: ta tendencja to wyraz woli Niemiec, by przekształcić Europę w IV Rzeszę. Fakt, że to rząd w Berlinie zadeklarował podobne dążenia, to dla niego potwierdzenie tej tezy. Ja mam wrażenie, że akurat socjaldemokraci i zieloni kierują się mocniej ideologią niż choćby zakamuflowanym niemieckim interesem narodowym. A równocześnie za racjami integracjonistów widać różne kalkulacje. Także geopolityczne przeświadczenie, że tylko zjednoczona naprawdę Europa może się oprzeć rozmaitym zagrożeniom, także konkurencji ze strony Chin czy zakusom Rosji.
Argumenty za federacją
Zjednoczona Prawica zapowiadała przedstawienie własnego projektu naprawy Unii, ale nigdy tego nie zrobiła. To nie dziwi, zważywszy, że cel Jarosława Kaczyńskiego jest raczej negatywny – powstrzymać integrację. Temu, a nie wymyślaniu idealnego modelu UE, służą rozmowy z partiami eurosceptycznymi. Zarazem szkoda, bo nigdy dosyć szukania lepszych rozwiązań. Ale, co ciekawe, obóz liberalny i lewicowy, na ogół euroentuzjastyczny, także stronił od odpowiedzi na pytanie, jak sobie wyobraża Unię. Przestrogi przed federalizacją Europy opisywano jako wyraz obsesji przeczulonej prawicy. Dopiero teraz pojawiły się namiastki dyskusji. Na razie nie wśród polityków.
Bartosz Węglarczyk zamieścił na Onecie analizę pod znamiennym tytułem: „Albo zbudujemy stany zjednoczone Europy, albo Europy nie będzie”. Argumenty nie sprowadzały się do szukania bata na PiS. Kluczem miała być właśnie geopolityka. „Europa powinna być potężną siłą geopolityczną, z własnymi priorytetami w polityce bezpieczeństwa, ekonomicznej, a także np. praw człowieka. Może wtedy odgrywałaby jakąś rolę m.in. w Iranie czy w kryzysach nękających Afrykę Płn., co w konsekwencji poprawiałoby bezpieczeństwo Europy” – napisał. Niestety zakończył konkluzją, że „głębsza integracja Europy jest bardzo trudna i nie ma tu żadnych prostych recept – ja ich na pewno nie znam”. A dopiero wyobrażenie sobie, jak to ma funkcjonować, jest realnym zmierzeniem się z problemem.
Co więcej, wiele tez Węglarczyka można podważać, wykazując ich kruchość. Sporo miejsca poświęca on zagrożeniu rosyjskiemu – to dziś zresztą ulubiony argument przeciw eurosceptykom. Trzeba przyznać, że publicysta inaczej niż większość ludzi jego opcji nie ogranicza się do tłuczenia wizją sojuszu z Putinem po głowie Kaczyńskiego. Ale kiedy pisze, że dyplomacja zjednoczonej Europy powinna przestać być bezsilna, odczuwam niepokój. Czy wyrzeczenie się w praktyce oddzielnego głosu przez Warszawę jest tak naprawdę receptą na antyrosyjską skuteczność? Przecież państwa Europy Zachodniej hołdują jedno po drugim, z Berlinem i Paryżem na czele, taktyce obłaskawiania Kremla.
Można oczywiście zakładać, że jako część spoistego organizmu, jakim stałoby się unijne superpaństwo, bylibyśmy energiczniej bronieni w obliczu bezpośrednich zagrożeń. Ale czy mielibyśmy prawo do własnego zdania, kiedy zagrożenia geopolityczne dotykałyby szeroko rozumianej Europy Wschodniej? Czy nie przegłosowano by nas i nie zmuszono do solidarności w takich kwestiach jak gazociąg Nord Stream 2 czy przyszłość Ukrainy? Teraz mamy przynajmniej prawo protestować.
UE to nie USA
Ale rozumiejąc nadzieje wiązane z mocniej zjednoczoną Europą, mam wobec tej wizji zasadnicze zastrzeżenia. Poza Węglarczykiem o „stanach zjednoczonych Europy” z nadzieją pisał też Kuba Gąsiorowski na stronie Nowej Konfederacji, kojarzonej, zresztą przesadnie, z prawicą. On z kolei termin „Europa ojczyzn” uznał za przestarzały.
W tym mocno naiwnym tekście znalazło się mniej konkretnych argumentów za federalizacją niż u Węglarczyka. Została uwaga, że gwarantowałoby to pokój (już dziś luźniejszy model Unii pozwolił uniknąć w Europie wojny) i chroniło wspólny rynek przed protekcjonistycznymi pokusami. Zarazem autor będący specem od historii USA wdał się w analogie między Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Europy. A przecież różnice są tu fundamentalne.
Rewolucja amerykańska wykreowała amerykański naród polityczny – w opozycji do brytyjskiej metropolii. Niektórzy historycy uważają wprawdzie, że koniec procesu formowania nastąpił podczas wojny secesyjnej z lat 1860–1865, a tak naprawdę dopiero po niej, co zresztą wskazuje na czynnik siły w jego wyłanianiu. Jednak nie było narodu o nazwie Massachusetts, Maryland czy Karolina Południowa, choć istniały polityczne tradycje tych bytów. Na dokładkę kolejne stany były tworzone już przez federację. Były obdarzonymi istotną samodzielnością, ale jednak sztucznymi tworami. Zupełnie inaczej niż europejskie państwa narodowe.
Jeśli Gąsiorowski wyraża nadzieję, że „europejski demos” kiedyś powstanie, ja zadaję pytanie – czy w warunkach jego braku można budować prawdziwą demokrację, a nie hybrydalny, biurokratyczny twór? Receptą mogłaby być demokracja bezpośrednia, pewnie na końcu z prezydentem Europy wyłanianym w wyborach powszechnych, we wszystkich krajach równocześnie. Ja jednak nadal obawiam się alienacji takiej władzy.
„W tym samym duchu można powiedzieć, że jeśli naród polski, a także inne narody europejskie podejmą decyzję, że część władzy, w pewnych obszarach, składają w ręce Unii, a część – w ręce państw członkowskich, to w niczym nie ubywa tym narodom suwerenności” – pisze Gąsiorowski. Ale przecież tak jest i teraz. Można się oczywiście żywić nadzieją, że przyszła „konstytucja Europy” rozdzielałaby to, co unijne, od tego, co narodowe, precyzyjniej niż obecne traktaty. Główna różnica polegałaby wszakże na czymś innym. Unia stałaby się naturalnie wieczna, tak jak ta amerykańska (po wojnie secesyjnej). Nie można by z niej wystąpić. Zniknęłyby mechanizmy wetowania, wymagania zgody mniejszości na przedsięwzięcia aprobowane przez większość. Bardzo trudno jest sobie wyobrazić tego konsekwencje. Nawet w warunkach jednego narodu politycznego w USA niezadowolenie mniejszości, czyli stanów południowych, z decyzji jej narzuconych, doprowadziło do krwawej wojny. Tu konsekwencje trudno sobie wyobrazić.
Widzę dwie prawdopodobne drogi. Albo zdominowanie nowego organizmu przez najsilniejsze, największe i najbogatsze narody realizujące własny interes. Może nie IV Rzeszę, bo nie byłyby to same Niemcy, ale ów elitarny klub, który już dziś trzęsie Unią. Czy unijne organy i unijna polityka nie mogą być narzędziem umacniania przewagi jednych i pogłębiania peryferyjności innych? Już przy obecnym systemie to dostrzegamy. Czy południe Europy nie ma dziś wątpliwości co do sensowności przyjęcia przez Włochy, Grecję czy Portugalię waluty euro? A narzędziem czyich interesów okazuje się TSUE, nakazując zamknięcie kopalni w Turowie?
Mechanizm ucierania decyzji, wymóg jednomyślności w wielu kwestiach, odrobinę przed tym chroni. Oczywiście możliwy jest też inny, hipotetyczny scenariusz. Demos europejski wykształca się wcześniej, niż się spodziewam, co pomaga zmniejszyć ciśnienia partykularyzmów. Tyle że zarazem przyspiesza zanik narodowych tożsamości. Rzecz w tym, że mnie niepokoi zarówno pierwsza, jak i druga ewentualność. Nie chcę jej. I zamierzam bronić swojego stanowiska w wolnej debacie.
Sądy, czyli zmiany tylnymi drzwiami
I tu pojawia się kolejny problem. Program niemieckiego rządu taką debatę przynajmniej w teorii zapowiada. Ale radosna twórczość TSUE jest forsowaniem zmian tylnymi drzwiami. Naturalnie zjawisko zwiększającej się władzy sądów pojawiło się wcześniej w obrębie państw narodowych. Wracając jeszcze raz do analogii z USA, aczkolwiek naciąganej, tam właśnie Sąd Najwyższy orzeczeniami wzmacniał na ogół, przynajmniej od końca lat 30. XX w., siłę federacji kosztem stanów. Było to zjawisko naturalne, kiedy Stany stawały się coraz bardziej jednolitym organizmem gospodarczym. Zarazem pytanie, na ile tak wielka kontrola sędziów nad polityką, prawników korzystających z tylko bardzo pośredniej legitymacji demokratycznej, zgodna była z zasadami demokracji. Legitymacja TSUE wydaje się jeszcze bardziej problematyczna. Nie trzeba specjalnie szukać innych przykładów alienacji elit.
Piszę to w nadziei na otwartą dyskusję, rozumiejąc przynajmniej część argumentów integracjonistów. Kurs na Europę jako superpaństwo, jeśli jest nieuchronny, powinien zyskać legitymację w wyborach, najlepiej niejednych. Niestety w warunkach skrajnej politycznej polaryzacji trudno o starcie rzeczowych argumentów.
Koszty politycznej polaryzacji
Utrudnia to PiS. Nawet jeśli jego przestrogi przed nową Europą brzmią racjonalnie, są używane do obrony marnych metod sprawowania władzy. Spór ustrojowy miesza się z brutalną polityką, której przejawy widać było do niemal ostatniego dnia roku. Rozsądnie uzasadnione weto prezydenta Andrzeja Dudy przeciw lex TVN, napisanego przez pisowską prawicę po to, aby upokorzyć elity i podsycić konflikt, to podzwonne tej tendencji.
Ale racjonalnej dyskusji nie szuka, w żadnej sprawie, większość opozycji. W apogeum wrzawy wokół lex TVN Donald Tusk straszył prezydenta wierszem Czesława Miłosza napisanym w czasach, kiedy w Polsce panoszyła się stalinowska tyrania. Tak jakby miał nadzieję nie na przekonanie polityka, a na jego zniechęcenie i podpisanie zwalczanego przez opozycję prawa. Dla Tuska jest wygodniejsze, kiedy przeciwnik staje się zbiorową karykaturą z opozycyjnej propagandy.
Po drugiej stronie widać podobną metodę. Źle oceniam histerię opozycji żądającej od służb równocześnie skuteczniejszego uszczelnienia granicy i większej łagodności wobec imigrantów. Czy jednak ten ton byłby tak samo radykalny, gdyby rząd choć spróbował konsultacji z opozycyjnymi politykami? Nie wiem. Ale należało próbować. Jednak z rozmysłem nie spróbowano.
Na koniec jeszcze jedna uwaga dotycząca kursu na przyspieszoną integrację. Gąsiorowski liczy na nowe rozgraniczenie kompetencji wspólnoty europejskiej i państw narodowych. Rzecz w tym, że z rozlicznych rezolucji Parlamentu Europejskiego wynika, iż przedmiotem największego ciśnienia są tam obecnie tematy ideologiczne, światopoglądowe. To w tych materiach Polska ma stracić autonomię legislacyjną, może nawet szybciej niż w innych. Jestem przeciwnikiem legalizacji aborcji na życzenie czy prawnego uznania małżeństw jednopłciowych (zwłaszcza przyznania im prawa do adopcji). Ze zrozumiałych powodów chciałbym więc te zmiany powstrzymać. Ale nie wykluczam, że są one nieuchronne. Nie chciałbym jednak, aby je Polakom narzucano. Przegłosowywanie niewygodnego kraju to najgorsza recepta na cywilizacyjne nowinki.