W tym tygodniu PiS planował dwa ważne wydarzenia. Pierwsze to pokazanie tarczy antyinflacyjnej – wartego miliardy złotych pakietu regulacji, mających na celu złagodzenie skutków galopujących cen. Drugie to podsumowanie sześciu lat rządów Zjednoczonej Prawicy, w ramach którego snuto plany np. o wspólnej konferencji prezesa PiS i dwójki premierów – Beaty Szydło oraz Mateusza Morawieckiego; potem z kolei poszczególne resorty miały podsumować własne dokonania. Spektakl rozpisany więc był nie na dni, raczej na tygodnie. Jednak w momencie pisania tego tekstu do żadnego z tych wydarzeń nie doszło. Powód – zaostrzający się kryzys na granicy z Białorusią nie tworzy dla nich dobrego klimatu.
Opisywana sytuacja dobrze pokazuje stan, w jakim znalazł się PiS na półmetku drugiej kadencji. To czas, w którym pojawiają się wyraźne symptomy zmęczenia władzą, a rzeczywistość przestała być przewidywalna i na domiar złego domaga się spłaty rachunków za popełnione błędy.
  • po pierwsze, to skutek zewnętrznych okoliczności. Takich jak pandemia, która zmusiła PiS do odłożenia politycznych planów, jak np. podział Mazowsza czy uruchomienie Polskiego Ładu. Albo inflacja, która jest pokłosiem otrząsania się światowej gospodarki z lockdownów oraz interwencji fiskalnych poszczególnych rządów. – Ale gdyby z obecnego poziomu inflacji odjąć paliwo, gaz czy energię, na które nie mamy bezpośredniego wpływu, to wzrost cen byłby na poziomie 4–4,5 proc., czyli w górnym rejestrze celu inflacyjnego NBP – przekonuje osoba z rządu. I choć gwałtowny wyrzut inflacji był zaskoczeniem, nie ma co ukrywać, że już w końcówce pierwszej kadencji rządów w PiS pojawiały się opinie, że nieco wyższy wzrost cen może być korzystny, bo dzięki temu będą większe wpływy do budżetu.
Kolejny zewnętrzny kryzys to próba uruchomienia przez prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenkę sztucznego szlaku migracyjnego na zachód Europy, by móc coś ugrać na ustępstwach UE. PiS zablokował granicę, mając wsparcie państw regionu i Unii, ale widać, że ma kłopoty komunikacyjne zarówno w polityce zagranicznej, jak i wewnętrznej. Decyzja o tym, by nie wpuszczać dziennikarzy na tereny objęte stanem wyjątkowym, jest wygodna dla Straży Granicznej czy wojska, lecz na dłuższą metę samobójcza, bo kryzys na granicy jest przez światowe media relacjonowany właśnie z terenu Białorusi. W tym przypadku na PiS mści się jego podejście, by kontaktować się tylko z mediami uznawanymi za przyjazne. Mści się także kompletne niezrozumienie przez szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego, którego rola jest tu decydująca, tego, jak media działają i jakie mają potrzeby.
  • po drugie, to efekt popełnionych błędów, za które PiS przychodzi teraz płacić. Lata uprawiania polityki zagranicznej „pod Nowogrodzką” pokazują, że PiS ma kłopoty z komunikacją z Berlinem czy Paryżem przy koordynacji polityki wobec Białorusi oraz Rosji. I musi wysyłać komunikaty, że nie uznamy żadnych ustaleń w sprawie sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, które zostaną podjęte ponad naszymi głowami. Trudno to traktować jako wyraz politycznej siły Warszawy na arenie międzynarodowej.
Jednak najdobitniej międzynarodowe problemy PiS widać w relacjach z Unią Europejską. Choć wydawało się, że Komisja Europejska (KE) przez lata jedynie pręży muskuły, a mechanizm warunkowości udało się Polsce oraz Węgrom zablokować, to widać, jak bardzo polski rząd w tej sprawie przeszarżował i nie docenił determinacji unijnych urzędników. Uruchomienie mechanizmu warunkowości to – według sygnałów płynących z Brukseli – już tylko kwestia czasu. Ale KE wcale nie potrzebowała rozpoczynać skomplikowanej procedury z art. 7 traktatu, wystarczyło, że zaczęła korzystać z instrumentów, które zapisano w traktacie lizbońskim. Czas pobłażania się skończył, a Komisja zaczęła wszczynać procedury naruszeniowe przeciwko Polsce i wnioskować do TSUE o kary.
Na Polskę nałożono rekordowe ociążenia za funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej SN (1 mln euro dziennie) czy działalność kopalni Turów (0,5 mln euro dziennie), a Komisja Europejska od kilku miesięcy blokuje uruchomienie miliardów euro z Funduszu Odbudowy, są także problemy przy negocjowaniu nowej polityki spójności. Trudno stwierdzić, w jaki sposób można wyjść z tego zapętlenia. Rząd PiS nie ma siły przebicia w brukselskich strukturach, zaś w fundamentalnych kwestiach nie potrafi budować sojuszy z innymi państwami niż Węgry. Nawet sam we własnym obozie nie jest w stanie wypracować jednolitej linii wobec Brukseli i próbuje grać w unijnego pokera, nie mając silnych kart w ręku.
PiS zlekceważył także sygnały ze strony Czechów w sprawie Turowa. Dużo łatwiej byłoby się porozumieć w zeszłym roku, gdy rozmawiali równorzędni partnerzy, niż teraz, gdy Czesi mają przewagę (środek tymczasowy nałożony przez TSUE po ich skardze) i mogą eskalować żądania, w dodatku w czasie gdy równolegle bije nam licznik unijnych kar.
Efektem dawnych błędów jest także pogłębiający się chaos w wymiarze sprawiedliwości. Od początku PiS postawił na wykręcenie bezpieczników z systemu, takich jak Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy. Uznał, że są obsadzone przez elity sprzyjające opozycji i będą mu krępowały swobodę rządzenia. Dlatego wprowadził zmiany w sposób konfliktujący go z przeważającą częścią środowiska prawniczego. Ale dziś widać, że podważanie jednych sędziów przez drugich i wpływ tego na orzeczenia już generuje potężne problemy.
  • po trzecie, to atmosfera w Zjednoczonej Prawicy. Póki trwał wyborczy maraton w latach 2018–2020, koalicja była zwarta mimo wewnętrznych tarć. Ale potem zaczęły się problemy. COVID-19 radykalnie zmienił styl zarządzania państwem. Taktyka walki z koronawirusem stała się przedmiotem koalicyjnych dysput. Jedni chcieli bezwzględnego podejścia w imię wyższego dobra, jakim jest zdrowie i życie ludzi, inni mówili o swobodzie działalności gospodarczej czy wolnościach konstytucyjnych. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami funkcjonują doradcy i PR-owcy premiera, którzy kalkulują, jakie ruchy w polityce epidemicznej (lub ich brak) zaakceptuje elektorat.
Dziś zresztą to się mści, bo rząd stał się niewolnikiem swojej niedecyzyjności. Choć czwarta fala pandemii zbiera ogromne żniwo, a Rada Medyczna przy premierze coraz głośniej domaga się zdecydowanych działań, nikt w rządzie oficjalnie nie rozważa wprowadzenia ograniczeń, na które decydują się inne kraje, czyli np. lockdownu dla niezaszczepionych. Napięcie w obozie władzy wywołuje także wniesiona do Sejmu przez posłów PiS regulacja, zgodnie z którą pracodawca mógłby sprawdzać certyfikaty covidowe pracowników. Niektórzy już dopatrują się podobieństw do piątki dla zwierząt Kaczyńskiego, która doprowadziła do ostrego kryzysu w obozie rządzącym. Nowy projekt w klubie PiS ma zawziętych przeciwników.
Odkładając COVID na bok, prawdziwym testem dla spójności Zjednoczonej Prawicy były zeszłoroczne wybory prezydenckie. W momencie gdy Jarosław Gowin postawił się Kaczyńskiemu w sprawie wyborów kopertowych, stało się jasne (także dla niego), że jego dni w koalicji są policzone. Wykruszanie się działaczy klubu PiS, narastający konflikt z Porozumieniem i ziobrystami, coraz bardziej utyskującymi na premiera Morawieckiego głównie za jego politykę unijną, zmusiły prezesa PiS do sklejenia całej Zjednoczonej Prawicy niemalże od nowa. I dzisiaj widać, że to mu się udało.
W momencie gdy opinia publiczna zajęta była lex TVN czy konfliktem na linii Warszawa–Bruksela, prezes mozolnie odbudowywał większość. I dopiął swego – dziś PiS ma nowych koalicjantów (republikanów i ociepowców) i względnie stabilną większość. W procesie odbudowy Kaczyński przyjął ryzykowną taktykę – sprowadzał „uciekinierów” za pośrednictwem akolitów z Partii Republikańskiej Adama Bielana, nierzadko oferując prezenty, takie jak dobrze opłacane stanowisko w BGK dla posła Leszka Kołakowskiego czy wystawiając „glejt niewinności” dla posła Arkadiusza Czartoryskiego, którym interesowało się CBA. Taktyka ryzykowna, bo może demoralizować potulnych członków PiS, pokazywać im, że warto z hukiem z klubu odejść, by potem do niego wrócić na zupełnie innych zasadach.
Mimo wszystko w PiS widać podziały. Systematycznie swoją pozycję buduje Mateusz Morawiecki. W ujawnionych przez hakerów domniemanych e-mailach ze skrzynki ministra Michała Dworczyka znalazła się lista wiceministrów, w której ludzie Morawieckiego lub sprzyjający mu politycy byli zakreśleni różnymi kolorami. – A ja nie byłem ani zielony, ani żółty – śmieje się jeden z wiceministrów z PiS. Ale na proces budowania pozycji przez Morawieckiego z niepokojem patrzą jego partyjni konkurenci tacy jak Mariusz Błaszczak czy Jacek Sasin, stąd przy każdej rekonstrukcji gabinetu wracają pomruki o wymianie premiera.
Najbardziej zacięta wojna toczy się jednak między Zbigniewem Ziobrą a Mateuszem Morawieckim. Ziobro przyjął kurs na tworzenie eurosceptycznego ugrupowania obok PiS. Próba podważenia pozycji Morawieckiego i polityki europejskiej rządu ma być drogą do tego celu. Po odejściu Gowina wewnętrznie pozycja Ziobry wzrosła, więc może to robić stosunkowo bezkarnie, licząc, że Kaczyński nie zdecyduje się na ostrą reakcję, której efektem będzie utrata większości. – Oni nie rozumieją, że to samobójcze. Elektorat antyeuropejski to jakieś 10–12 proc., z czego połowa nie głosuje, a reszta będzie słuchała tego, kto mówi bardziej radykalne rzeczy, więc nawet jak Ziobro wyjdzie z PiS, to i tak na tym procesie zyska Konfederacja – zauważa jeden ze sztabowców.
Aby zrozumieć drogę, jaką przebyła obecna ekipa, trzeba się cofnąć. Drugie rządy PiS można podzielić na kilka okresów. Pierwszy to lata 2015–2017, czyli gabinet Beaty Szydło. To era PiS realizującego wyborczy program, czyli wielkie programy społeczne jak 500+ czy obniżenie wieku emerytalnego. Przy okazji okazało się, że finanse publiczne odziedziczone po PO mają znacznie większe możliwości generowania dochodów. To oraz programy uszczelniające podatki, przy stale rosnącej gospodarce, dały możliwość sfinansowania wyborczych obietnic.
To także czas rządu, którego PR-owy przekaz opierał się wciąż na wyborczych sloganach „wystarczy nie kraść” albo „pokora i umiar”, choć czas pokazał, że PiS – jak każda formacja, która zdobyła władzę – im dłużej ją utrzymuje, tym mniej ma pokory, a o umiarze też zapomina.
To wreszcie czas premiera kobiety, która miała być blisko ludzi i rozumieć ich sprawy. – Czym się różni Morawiecki od Szydło? Jak Morawiecki robi w terenie konferencję, schodzi czasem na jakieś wskaźniki makroekonomiczne, ratingi, stan finansów publicznych itd. Ludzie tego nie rozumieją. A jak jeździła Szydło, to stawała obok takiej pani Grażynki, mówiła o jej problemach i pytała: żyje się lepiej? – opowiada nasz rozmówca z rządu.
Ale po dwóch latach prezes PiS wymienił premiera, widząc wyczerpywanie się formuły tamtego rządu. Gwoździem do trumny okazało się nagłośnienie nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło. Wówczas nastała era Mateusza Morawieckiego – mającego być europejską, technokratyczną twarzą PiS, przyciągającą zarówno tradycyjny elektorat, jak i ten wielkomiejski.
Morawiecki wychodził swoją pozycję w aparacie partyjnym. Początkowo był traktowany w PiS jako ciało obce – był wszak bankowcem, na dodatek byłym doradcą premiera Donalda Tuska. To nastawienie aktywu wydaje się przeszłością, a zmianę przypieczętowano w lipcu tego roku, gdy rada polityczna PiS wybrała Morawieckiego na wiceprezesa ugrupowania.
Samą erę Morawieckiego można również podzielić na kilka okresów. Jej początek to czas uszczelniania systemu VAT i uruchamiania wielkich projektów (nie zawsze z sukcesem) takich jak Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, elektromobilność czy Centralny Port Komunikacyjny. Od 2018 r. wkraczamy z kolei w trzyletni maraton wyborczy. To czas, gdy PiS wygrywa kolejne głosowania – może z wyjątkiem samorządowych, które jednak są na tyle specyficzne, że w nich każdy może ogłosić się zwycięzcą i jednocześnie zostać uznanym za przegranego. Niemniej partia Kaczyńskiego jest w stanie skutecznie narzucać własną agendę (temat uchodźców, ideologia LGBT), w czym ochoczo pomagają mu prorządowe media.
Druga część obecnej kadencji PiS ma upłynąć na realizacji dwóch celów – jeden to zwiększenie redystrybucji, tym razem za pomocą systemu podatkowego w Polskim Ładzie. Chodzi o inne rozłożenie obciążeń, ale też zmianę transferów finansowych w skali kraju i przekierowanie znacznie większych sum na prowincję kosztem największych ośrodków. Drugi cel to dokończenie zmian w sądach – tym razem w sądownictwie powszechnym, co jednak może napędzić konflikt wokół sądów.
Tymczasem sondaże coraz częściej pokazują, że kolejnym rządem będzie albo gabinet PiS i Konfederacji, albo zjednoczonej opozycji. I choć cały czas w zasięgu PiS wydaje się być trzecia kadencja, to po sześciu latach – wydawałoby się doskonale naoliwiona machina – zaczyna się zacinać.