Łatwo wszakże zauważyć, że pod słowem „opozycja wobec rządów PiS” kryją się różne podmioty i różne, by tak powiedzieć współcześnie, wrażliwości. „Oburzeni” na PiS nie są jedyni. Mamy i takich, którzy uważają, że w gruncie rzeczy partia ta wysługuje się Brukseli. Mamy i takich, którzy chcieliby utrzymania wszystkich reform obozu Zjednoczonej Prawicy, tylko po prostu nie mogą już znieść tych butnych i zakłamanych gąb wiecznie wołających „Jeść! Jeść!”. Mamy i takich, którzy negują istnienie kobiet i mężczyzn, a także takich, którzy chcą trzymać macki gender z dala od własnej rodziny (oraz wędkarstwa). Jednak w medialnym przekazie opozycji dominują ci, którzy zajmują skrajne stanowisko – np. produkując narrację na temat esesmanów ze Straży Granicznej, zaś swego czasu kreując liderki Strajku Kobiet, wzorcowe polskie nieudaczniczki, na przywódczynie całej opozycji. Prawda natomiast jest taka: albo opozycja dalej posługuje się kodem ruchu nawiedzonych, albo zdobywa większość. Albo-albo, połączyć się nie da.
To znaczy może i da, ale na Węgrzech. Trudno nie być pod wrażeniem sprawczości tamtejszej opozycji: sześć zwalczających się partii (nacjonaliści, liberałowie, socjaliści, zieloni itd.) utworzyło koalicję, a w ostatnich dniach doprowadziło do opozycyjnych prawyborów. To one wskażą, który z liderów będzie wspólnym (!) kandydatem na premiera. Każdy Węgier wzdrygający się na rządy Viktora Orbána otrzymał jasny komunikat: głosuj na nas, nie bój się kota w worku, o nas wiadomo wszystko. Nawet to, że drzemy ze sobą koty, ale do wyborów pójdziemy razem i stworzymy taki rząd, jaki ci obiecujemy.