Ulubiona legenda o moim mieście? Chyba ta o ukraińskim Draculi – ożywia się Ołeksandr Ryś, copywriter, a po pracy miejski aktywista. Pijemy kawę na głównej ulicy 280-tysięcznego Czernihowa na północnej Ukrainie. Pięć minut stąd zaczyna się Dytyneć, najstarsza część miasta z zabytkami pamiętającymi XI w. Położony 130 km na północ od stolicy ośrodek był jednym z najważniejszych grodów dawnej Rusi. Mieszkańcy i dziś lubią czuć się drugimi po kijowianach. Jest sobota; parkiem położonym między dwoma pasmami prospektu Myru spacerują rodziny z dziećmi. Ktoś sprzedaje obrazy, ktoś – napoje. Mieszkańcy korzystają może z ostatniego tak ciepłego weekendu w tym roku.
Ryś zaczyna opowiadać o Wasylu Dunin-Borkowskim, XVII-wiecznym pułkowniku wojska zaporoskiego, który po śmierci miał co noc wstawać z grobu i atakować ludzi, by pić ich krew. Kres swawolom hrabiego położył dopiero arcybiskup, który na czele procesji, z krzyżem w ręku, przegrodził upiornej karecie Dunin-Borkowskiego drogę na Czerwonym Moście. Według różnych wersji most miał się zawalić, topiąc czernihowskiego Draculę w wodach rzeki Stryżeń, albo kareta z wampirem w środku rozpadła się w proch. Na niekorzyść tej pierwszej wersji przemawia to, że Czerwony Most stoi po dziś dzień. A gdyby się zawalił, miałby teraz spore szanse na odbudowę.