Pięć lat temu odkryliśmy, że nie żyjemy w społeczeństwie, lecz w bańce. Bańce społecznościowej. Gdy doszło do brexitu, wybory w USA wygrał Trump, a w Polsce PiS, pojęcie bańki stało się jednym ze słów wytrychów, jakim próbowano wyjaśnić niespodziewany tryumf przeciwników liberalizmu. Badacze, dziennikarze i politycy rzucili się, by omawiać, opisywać i piętnować to zjawisko.
W największym skrócie chodzi o to, że zamknięte obiegi informacji odcinają nas od szerszej wiedzy o świecie. Platformy społecznościowe i media online serwują użytkownikom to, co im się podoba. Im więcej klikają, tym więcej dostają podobnych treści. Algorytm uczy się tego, jak nas przytrzymać na dłużej, więc daje jeszcze więcej i więcej tego, co tak lubimy. Przestajemy w efekcie rozumieć, a nawet stykać się z tym, co może przeczyć naszym poglądom. Zwolennicy prawicy dostają tylko jednolity przekaz, że po drugiej stronie mają do czynienia z diabłem wcielonym. I na odwrót – ten sam komunikat o konserwatystach płynie do liberałów i lewicy. Nasze życie poza internetem zaczyna odzwierciedlać to online – chcemy ubierać się, jeść, oglądać i być tam, gdzie podobni nam ludzie. Nie ci barbarzyńcy po drugiej stronie. Gdy nie ma żadnej wspólnej debaty, polityka ostatecznie zmienia się w licytację na nienawiść do przeciwników i skuteczniejsze zohydzenie drugiej strony. Tak umierają demokracje.