Reklama
Z Walaryną Kustawą rozmawia Michał Potocki
3 czerwca o 16.13 napisałaś na Facebooku: „Wyważają drzwi”. O 17.49 dodałaś: „Właśnie przyszli do mojej oficjalnej pracy i do rodziców. Czekają pod drzwiami mojego domu”. A potem zniknęłaś na kilka dni. Co się wtedy z tobą działo?
Kiedy przyszli, nie zastali mnie w domu. Wyszłam na pół godziny i w tym czasie pewna osoba uprzedziła mnie, żebym nie wracała, bo właśnie wyważają drzwi. Nie mogę powiedzieć, kto mnie ostrzegł, żeby nie zaszkodzić tej osobie. Poszłam na siłownię, więc miałam tylko spodnie, koszulkę, plecak z wodą i telefon. Wcześniej nie szykowałam się na taką sytuację. Nie chciałam wyjeżdżać z ojczyzny. Bliskie było mi stanowisko Maryi Kalesnikawej, która podarła paszport, gdy chcieli ją wyrzucić z kraju. Rozpatrywałam wariant, że pójdę siedzieć. Wszyscy ci, których posadzili, są bohaterami. Ale przyjaciele przekonali mnie do ewakuacji argumentem, że mam dwuletnią córkę, którą powinnam się zająć.
Co było dalej?

Reklama
Przyjaciele mnie ukryli. Wyłączyłam telefon, żeby nikt mnie nie wyśledził. Przyjaciele skoordynowali działania i razem, z pomocą kampanii By_Help, ewakuowali mnie z kraju. To była długa droga, trwająca kilka bezsennych dób, ze zmianą środków transportu. Po trzech dniach znalazłam się w Polsce. Najbardziej niepokoiłam się nie tym, że reżim wszystko mi skonfiskował, a w mieszkaniu, w którym żyłam z dzieckiem, przebywają obcy ludzie, ale tym, że nie mam przy sobie córki. Nie mogłam jej wywieźć tą drogą, którą sama wyjeżdżałam. Miałam poczucie, że ukradli mi ojczyznę i życie. Ale po kilku tygodniach w Warszawie zrozumiałam, że ojczyzna to ludzie, a nie terytorium. Wsparcie, jakiego udzielili mi Białorusini na Białorusi, białoruska diaspora tutaj i warszawiacy – a do tego ludzie z tych wszystkich miejsc, w których kiedyś występowałam – jest bezcenne. Nie mogę powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Ale nie oczekiwałam aż tak wielkiej solidarności.
Kto po ciebie przyszedł?
Byli po cywilnemu, więc nie jestem pewna. Podjechał czarny bus i wyszło z niego siedem osób płci męskiej, bo nie chcę nazywać ich mężczyznami. Najpewniej to nie było KGB, tylko HUBAZiK (Główny Zarząd MSW do Walki z Przestępczością Zorganizowaną i Korupcją, wykorzystywany do walki z opozycją – red.). Moja adwokatka powiadomiła mnie, że wszczęto przeciwko mnie co najmniej dwie sprawy karne z art. 342 i art. 243, czyli za organizację i przygotowanie protestów oraz unikanie podatków. Ci ludzie przez dobę byli w mieszkaniu, po czym zostawili je z otwartymi oknami, żeby deszcz je zniszczył. Adwokatka mówiła też, że interesował się mną Komitet Kontroli Państwowej (odpowiednik Najwyższej Izby Kontroli z uprawnieniami operacyjnymi – red.), KGB i policja finansowa.
Finansowałaś antyłukaszenkowskie protesty?
Oczywiście, że nie. Moja jedyna wina polega na tym, że otwarcie wyrażam swoje stanowisko w wierszach, które tysiące ludzi podaje dalej w społecznościowych sieciach. Robiłam też dla Biełsatu program „Biełarus biełarusu” (Białorusin Białorusinowi – red.). Przyjeżdżaliśmy do członków rodzin więźniów politycznych. Opowiadali nam ich historie i to, o czym marzą, a my te marzenia staraliśmy się spełniać z pomocą naszych widzów, ludzi dobrej woli. Poza tym skąd poetka miałaby mieć pieniądze, żeby finansować protesty? Reżim się nas boi, bo wreszcie staliśmy się narodem. Dlatego wszelkimi dostępnymi sposobami stara się nas zniszczyć i zastraszyć.
Ty nigdy nie byłaś liderką opozycji, nie zajmowałaś się polityką. Promowałaś język białoruski, zajmowałaś się literaturą, życiem kulturalnym.
Zdarzało mi się szkolić ludzi z występów przed kamerą, ale to prawda, nigdy nie zajmowałam się polityką. Zawsze dążyłam do tego, by nasi działacze mówili po białorusku, znali kulturę i historię. A kiedy w moim kraju źle się dzieje, nie mogę pisać tylko o miłości i gwiazdach. Boli mnie, co się dzieje z moim narodem.
Chodziłaś na protesty w zeszłym roku?
Tak.
Myślałaś wtedy, że wszystko skończy się tak wielkimi represjami?
Jestem matką dziecka młodszego niż trzy lata, więc teoretycznie, zgodnie z prawem, nie mogli mnie zatrzymać na dłużej niż 72 godziny. Wcześniej tego przestrzegali, ale teraz nie. Dla nich nie jesteśmy ludźmi, tylko przedmiotami bez płci, twarzy i duszy. Teraz już wszyscy rozumieją, że mogą przyjść po każdego. To było ryzyko, ale nie mogłam milczeć i udawać, że nic się nie dzieje. Sprzeniewierzyłabym się samej sobie.
Miałaś jakieś sygnały, że mogą po ciebie przyjść?
Kilka razy przychodziła milicja. Raz było nawet śmiesznie; kazali otworzyć drzwi, żeby sprawdzić, czy nie mieszkają u mnie nielegalnie jacyś Chińczycy. Wymyślali tego typu absurdalne preteksty. Miałam też dziwne telefony, ale to nic nowego, bo pamiętam je jeszcze z 2010 r. Wszczęto przeciwko mnie sprawę administracyjną, wezwali mnie na przesłuchanie. Razem z adwokatką odpowiedziałyśmy, prosząc o informację, o co chodzi. Nie odpisali.
Poszłaś?
Miałam prawo nie pójść, skoro nie wiedziałam, w jakim charakterze mnie wzywają. Jasne, że każde trzaśnięcie drzwiami na klatce wywoływało dreszcze. Ale gdybyśmy wszyscy milczeli, nie udałoby nam się to, co się udało. Staliśmy się prawdziwym narodem. W głowach dokonał się przełom. To, nad czym przez te dziesięciolecia pracowała białoruska inteligencja, opozycja, obrońcy praw człowieka, niezależni dziennikarze i twórcy.
I to, w co mało kto wierzył jeszcze pięć lat temu. Bo opozycji praktycznie nie było.
Była, ale niewielka. 300 Spartan, którzy wlekli tę Białoruś na plecach, ale w końcu ją wywlekli, prawda? Nie przekreślając zasług Swiatłany Cichanouskiej czy Maryi Kalesnikawej, to gdyby nie wysiłki i praca, niewdzięczna i trudna, często bezskuteczna i niepopularna, opozycji, dziennikarzy i obrońców praw człowieka, tego cudu by nie było.
To oni przez te wszystkie lata przechowywali biało-czerwono-białą flagę…
Flagę, którą początkowo ta nowa fala opozycji traktowała podejrzliwie. A potem okazało się, że cały naród ma te sztandary pochowane u babć i dziadków.
Co czułaś, jak na to patrzyłaś?
Ciarki na całym ciele. Marzyłam o tej chwili całe życie, odkąd skończyłam cztery lata i chodziłam na koncerty bardów, Siarżuka Sokałaua-Wojusza albo Danczyka, nie wymawiając „r” i śpiewając „Kiedy w selcu stlwożonym poczuję…” (pierwsze słowa „Pogoni” Maksima Bahdanowicza, jednej z najważniejszych białoruskich pieśni patriotycznych – red.). To pragnienie wolności było we mnie od początku. Z tą myślą namawiałam swoich studentów do zainteresowania się białoruskim kinem, pisałam książki, występowałam przed czytelnikami i krok po kroku na swój sposób uczestniczyłam w procesie narodotwórczym. Dzięki tym wszystkim Spartanom, którzy się tym przez lata zajmowali, dzięki Swiatłanie, która wzięła na siebie tę niepotrzebną jej przecież do szczęścia odpowiedzialność, dzięki liderom opozycji, a przede wszystkim dzięki samym Białorusinom, to zwycięstwo białoruskiego ducha było możliwe. Na ulicach ludzi może nie ma, ale naród już jest.
Czułaś wcześniej, że rośnie zainteresowanie białoruską kulturą i językiem? Prowadziłaś kilka lat temu kursy białoruskiego dla dorosłych w ramach projektu „Mowa ci kawa” (gra słów: „język ciekawy” oraz „język czy kawa”). Już wtedy tworzyła się na to moda, choć wcześniej język białoruski bywał w miastach symbolem obciachu.
„Mowa ci kawa” nie ma żadnej politycznej składowej. Reżim tak walnął w Białoruś, że wszyscy Białorusini sami z siebie stali się opozycją i narodem. Reżim wciągnął cały kraj do polityki. Oszustwo wyborcze było pierwszym krokiem, bo wszyscy widzieli, ilu ludzi przychodziło do lokali z białymi wstążeczkami na nadgarstkach (symbolem głosowania na Cichanouską – red.), a ile potem głosów przypisano dyktatorowi. Drugim krokiem były tortury. Każda rodzina ma syna, siostrę, wujka czy wnuka, którego represje dotknęły. Poza białoruskimi mam też gruzińskie, polskie i rosyjskie korzenie. Część rodziny była radykalnie rosyjska. A teraz piszą do mnie po białorusku, pytają, jak mogą pomóc. To wzmocniło nawet nasze więzy rodzinne.
W ostatnim wierszu, który opublikowałaś przed ewakuacją, napisałaś: „Oni mają listę nas / My mamy listę ich / Na jedno ciało dwa serca / Na jeden kraj dwa narody”. To jest takie albo-albo? Nie mówię o władzy, ale widzisz szansę porozumienia z ludźmi, którzy tej władzy do dziś służą?
Trudne pytanie. Z ludźmi, którzy zabijali, nie ma o czym rozmawiać. Bo jak to wytłumaczyć matce zabitego? Ale są tacy funkcjonariusze, którzy po cichu pracują przeciw systemowi. Wielu przyjaciół, którzy trafiali do więzień, mówiło, że nawet tam spotkali ludzi, którzy im pomagali. Na przykład podając potrzebne leki, choć był zakaz. Nawet podczas bicia byli tacy, którzy starali się powstrzymywać tych najbrutalniejszych. Ale tych, którzy torturowali, trzeba ukarać. Politycy niech robią politykę i mówią, że będziemy się dogadywać. Nie będziemy.
Z zapisków z aresztu założycielki Press Clubu Belarus Julii Słuckiej, która siedzi od grudnia 2020 r., wynika, że 10 proc. klawiszy to bestie, 10 proc. okazuje współczucie i stara się pomóc, a pozostałe 80 proc. to po prostu zwykli ludzie.
Gdzieś jest gorzej, gdzieś lepiej. Ci zwykli są zastraszeni, ale gdyby nie oni, mielibyśmy dużo więcej trupów. Nie warto wszystkich wrzucać do jednego worka.
Liczyłaś kiedyś, ilu twoich znajomych i przyjaciół siedzi albo siedziało?
Myślę, że jakieś 90 proc. znajomych otarło się o areszt. Jak nie w tej kampanii, to w poprzedniej… Zadałeś mi pytanie, które zrobiło na mnie duże wrażenie. Bo w ten czy inny sposób nawet wielu torturowanych znam osobiście. Znałam Witolda Aszuraka, który zmarł w areszcie. Z kimś pracowałam, z kimś gdzieś tam się przecinały nasze drogi, ktoś po prostu lubił moje wiersze i pisał do mnie. Na Białorusi areszt na koncie to teraz znak jakości człowieka i obywatela.
Opowiedz o Aszuraku.
Razem uczestniczyliśmy w imprezach, warsztatach i szkoleniach, do których prowadzenia mnie zapraszano. Jego śmierć była dla mnie osobistą traumą. Zniszczyli go za niezłomność. Bohater. Kiedy go wspominam, serce mi płacze. Jasny, ofiarny człowiek. Jak Pasza Siewiaryniec, który dostał siedem lat za to, że jest Paszą Siewiaryńcem. Ma małego synka…
Kiedy ktoś mówi słowo „niezłomny”, na myśl przychodzi mi właśnie on, lider Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji.
Trzeba go kanonizować za życia, to będziemy mieli żywego świętego (uśmiech). Największą pomocą dla więźniów jest wsparcie ich rodzin. Niekoniecznie finansowe – komuś potrzebna jest niania na parę godzin, zabranie dziecka na spacer do zoo, korepetytor. Tysiąc potrzeb, o których się nie mówi. Biełsatowski program „Biełarus biełarusu” to właśnie tego typu wsparcie. Gdyby ktoś chciał pomóc, niech pisze na adres: belarus2belarus@gmail.com.
Areszt to już doświadczenie całego pokolenia, a nie – jak kiedyś – kilkudziesięciu aktywistów zatrzymanych po niewielkim proteście.
I to niejednego pokolenia. Zmienia się sposób myślenia emerytów, młodzieży, ludzi w średnim wieku, nawet dzieci. Dla nich hasło „Żywie Biełaruś!” nie jest tylko słowem. Strach, świadomość, że trzeba zamknąć okno, kiedy lecą „Woiny swieta” (piosenka rockowej grupy Lapis Trubieckoj – red.) czy „Mury” (Białorusini nagrali własną wersję pieśni spopularyzowanej w Polsce przez Jacka Kaczmarskiego – red.). Trauma mojej córki, która podczas ewakuacji nie widziała mnie prawie przez miesiąc. I teraz budzi się w nocy, i krzyczy „Nie chcę do samochodu! Chcę do mamy!”. Śni jej się ta droga, jak jedzie do mamy i nie może dojechać. Ma dwa latka i cztery miesiące, i pyta mnie, dlaczego po nią nie przyjechałam i czy na pewno już nigdy się nie rozstaniemy. A jakie traumy mają dzieci, przy których przeszukiwano mieszkania? Jak po wojnie.
Rozmawiałem z małżeństwem, które po powrocie do domu zastało swoje dzieci – starsze ma 12 lat – stojące w przedpokoju z kuchennymi nożami w rękach. Zobaczyły busa przez okno, przestraszyły się, że milicja tym razem przyszła po nie i chciały się bronić. Cała rodzina wyemigrowała.
Pokolenie, które już milczeć nie będzie, bo ich rodzice przestali milczeć. U nas w każdej rodzinie były osoby, których rozkułaczono albo zesłano do łagrów. Nie było przyjęte, by o tym mówić: „Cicho! Żeby nikt się nie dowiedział!”. To już minęło. Ale do zmiany musimy doprowadzić my, żeby nasze dzieci nie musiały przeżywać tego samego. On, Łukaszenka, im bardziej się boi, tym bardziej dokręca śrubę. Te represje są znakiem, że jego koniec jest bliski.
Jak udało się wywieźć córkę?
Białoruscy pogranicznicy nie przepuścili jej przez granicę. Ludzie, którzy ją do mnie wieźli, musieli jechać naokoło. Trwało to trzy noce. Zniosła to bardzo spokojnie. Budziła się, pytała, dokąd jadą. Odpowiadali: „Do mamy”. „To dobrze, jedźmy”. Kiedy mnie zobaczyła, krzyczała z radości. I wszyscy płakaliśmy. Ze względów bezpieczeństwa nie chcę mówić o szczegółach. W każdym razie wszyscy nas wsparli. Choć jest jedna znajoma, która uwierzyła w bzdury opowiadane przez Azaronaka, jakobym w trakcie pracy dla Biełsatu płaciła ludziom, żeby opowiadali zmyślone historie.
Ryhor Azaronak, propagandysta telewizji państwowej, opowiadał też, że w końcu uciekłaś do swoich warszawskich kochanków i kochanek.
(śmiech) Funkcjonariusze HUBAZiK najwyraźniej znaleźli moją półeczkę z sekszabawkami i uznali, że mogą z nich korzystać i kobiety, i mężczyźni. Widocznie mają ograniczone doświadczenia (śmiech).
A kiedyś robiłaś w Biełsacie program o miłości i seksie.
Tak, to przecież ważny temat.
Jesteś poetką, nie da się pisać wierszy bez miłości.
Protesty rozbijały rodziny, ale i tworzyły nowe. W aplikacjach randkowych ludzie wstawiają biało-czerwono-białe serduszka i piszą „jestem zmaharem / zmaharką” (słowo „zmahar” znaczy bojownik, ale po białorusku określa się nim też aktywnych uczestników demonstracji – red.). Doszło do tego, że jak ktoś popiera Łukaszenkę, nie może liczyć na randkę przez Tindera. Wychodzi na to, że kolejne pokolenie będzie dziećmi pięknych zmaharek i przystojnych zmaharów (śmiech).
Masz znajomych popierających Łukaszenkę?
Nie mam. Mam za to dwoje znajomych, którzy nie wierzą, że to on odpowiada za tortury i śmierć. Potępiają, co się stało, ale nie mogą uwierzyć, że to wszystko działo się za jego zgodą.
Może po prostu żyjesz w bańce.
Nie obracam się tylko w środowisku literatów, dziennikarzy i bibliotekarzy. To też niania, hydraulik, masażysta, sprzątaczka, fryzjerka, manikiurzystka, z którą zwykle rozmawiałyśmy o protestach. Wszyscy ci ludzie myślą dokładnie tak jak ja.
Jak zmieniła się twoja poezja po tych doświadczeniach?
Czasem słowa grzęzną w środku, bo jednak chce się dać ludziom motywację i nadzieję. W jednym z ostatnich wierszy napisałam, że „Białoruś to my, a nie on, a nas jest ponad milion”. Bo naród to my; ona, Białoruś; ona, Cichanouska, a nie on. Poezja jest metaforyczna, ale ten czynnik obywatelski nie mógł się do niej nie przesączyć.
Trafiłaś do miasta, o którym kiedyś pisałaś „O, Warszawo, me letnie wspomnienie, / Tyś kochana przeze mnie Warszawa. / Wzięłaś za nim żal, smutek, cierpienie, / W zamian dając mi ciastko i kawę”. Inny białoruski poeta Uładzimir Niaklajeu, kandydat na prezydenta w 2010 r., pisał: „Żegnaj, Warszawo! Oczy łzawią… / To wiatr, co w twarz mi kurzem miecie. / Jeśli nie kochać się w Warszawie, / To co ukochać na tym świecie?”. Co takiego jest w Warszawie, co czyni ją muzą białoruskich poetów?
To miasto mojej pierwszej miłości, wiele mnie z nim łączy w każdym sensie. 10 lat temu zaproszono mnie do poprowadzenia programu „Czornym pa biełamu” (Czarne na białym) w Biełsacie. Wszystkiego się tam nauczyłam, od montażu po komunikację z ludźmi. Pierwszy odcinek nagrywaliśmy w klubie „Sen Pszczoły” na Pradze, który potem spłonął. I wiersze, które pisaliśmy z przyjacielem w Łazienkach. I spotkania autorskie, na które przychodzili warszawscy Białorusini i – jak ich nazywam – zbiałorutenizowani Polacy, czyli tacy, którzy z nami sympatyzują. Mnóstwo znajomych i wspomnień. To nie jest dla mnie obce miasto. Każdego dnia strasznie tęsknię do domu, ale wypada dziękować Bogu, że znalazłam się w miejscu, które również kocham.
Swój pierwszy tomik „Krou suswietu” (Krew wszechświata) wydałaś w 1996 r. jako 11-latka. Najstarszy wiersz, który tam opublikowałaś, pochodzi z 1992 r. Dzieci w tym wieku dopiero uczą się czytać.
Tak było, nazywali mnie wunderkindem. Od drugiego roku życia zaczęłam wymyślać wiersze.
Wiersze z „Krou suswietu” są bardzo dojrzałe.
W dzieciństwie byłam poważniejszym człowiekiem niż teraz. Nigdy się nie uśmiechałam, interesowało mnie tylko to, co będzie z moją duszą i duszą całej ludzkości. Nie rozmawiałam z innymi dziećmi, tylko z Bogiem. Najbardziej lubiłam towarzystwo 40-latków, bo byli interesujący. Jako ośmiolatka zaprzyjaźniłam się z poetą Siarhiejem Nowikiem-Piajunem. Nazywali go „małady dziadok”, młody dziadek. Miał wtedy 86 lat, a mnie było z nim bardzo ciekawie. Opowiadał, jak go prowadzili na rozstrzelanie. Jego wiersze śpiewał Danczyk. Z nim korespondowałam jako sześciolatka. Takich miałam przyjaciół.
Teraz masz już także przyjaciół w swoim wieku.
Wyrosło wspaniałe pokolenie cudownych ludzi, na których można liczyć, którym można ufać i z którymi można robić rewolucję.
Rewolucję przeciw temu, od kogo w 1997 r. dostałaś stypendium państwowe.
Byłam jedną z pierwszych prezydenckich stypendystek. Ale nigdy nie spotkałam się z nim osobiście. To był pomysł wydawcy, bo książka 11-latki wywołała furorę. Za „Krou suswietu” dostałam stypendium. Potem chcieli mi też wręczyć nagrodę państwową, ale powiedzieli, że trzeba będzie uścisnąć mu rękę. Powiedziałam „nie”.
Córka też już pisze wiersze?
Raczej śpiewa i tańczy. To rozumna dziewczynka. Rozumie emocje i potrafi je nazwać. „Mamo, dlaczego się zmartwiłaś?”, „Mamo, zdenerwuję się, jeśli tak zrobisz”. A jeśli mówić o jej karierze politycznej, to poza koszulką z napisem „My future president” (mój przyszły prezydent – red.), którą dostała od chrzestnego, kiedyś oglądaliśmy Biełsat i pokazali dyktatora. Wyciągnęła rączkę i powiedziała: „Nie!” (śmiech). Przez dziecięce usta przemawia prawda.