Żyjemy w czasach tyranii rosnących, uzasadnionych i szlachetnych oczekiwań „mądrej miłości”. Kiedyś potomstwo wychowywano do posłuszeństwa, co zbyt łatwo prowokowało sadyzm dorosłych. Dziś dzieci wychowuje się do poszukiwania własnych dróg rozwoju, ba, dziecku się towarzyszy, broń Boże nie nakazuje. Wychowanie według takiego rejestru oczekiwań nawet jednego tylko dziecka jest właściwie niemożliwe bez morza cierpliwości i zatrudnionej armii specjalistów (nie wyłączając terapeuty wiecznie sfrustrowanych rodziców). Udaje się? Nie bardzo, ale od czego specjaliści. Tenis dziecięcy, dziecięcy trening uważności, dziecięcy treser (trener?), coach dziecięcy, bioenergoterapeuta dziecięcy i harmonizator dziecięcy – nawet nie wiem, czy dzieciaki nie mają już szerszej palety eksperckich działań niż właściciele psów.
Istnieje przedziwne połączenie duchowe pomiędzy chrześcijaństwem a projektem współczesnej kultury. Chrześcijaństwo wzywało człowieka do głębokiej, rozumnej dobroci wobec siebie, bliźnich i obcych, dobroci pełnej poświęcenia i nakierowanej na dobro drugiej osoby. W zasadzie wypełnić tę agendę jest niemożliwe, stąd sporo frustracji lub (co tłumaczy się na i/albo) hipokryzji, a bywa, że groźnych stanów emocjonalnych. Kiedy poczytuję dobre rady dla rodziców obecne w poradnikach, widzę podobny motyw. Mądrze? Tak. Szlachetnie? Owszem. A naprawdę? Poradniki chrześcijańskie, kiedy dochodziły do tego, jak jest naprawdę, nakazywały się zastanowić nad sobą, przeprosić Boga i bliźnich, modlić się dużo i jeszcze raz zabrać za doskonalenie, by tak rzec, interpersonalne. Poradniki współczesne opuszczają to o Bogu, ale prochu nie wymyślą, więc nakazują rzeczy piękne, zaś w przypadku (oczywistych) niepowodzeń, by się zatrzymać, zastanowić i zabrać za doskonalenie. A dziecko powierzyć ekspertom. Świat pokrywa się siecią usług specjalistycznych dedykowanych (fuj!) rodzicom prawdziwie kochającym swoje dzieci, co bodaj nazywa się „postępem”.
Reklama