"A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” – pisał św. Paweł (1 Kor 15, 14). Ale byłyby one daremne również, gdyby Chrystus nie został brutalnie zamordowany. Jego droga od skazania do śmierci nie była co prawda tak widowiskowa jak w „Pasji” Mela Gibsona, ale była prawdziwym męczeństwem, choć nieodosobnionym. Poprzedzone torturami ukrzyżowanie było powszechną praktyką stosowaną przez Rzymian wobec niewolników, zdrajców i przestępców politycznych (a za takiego uznano Jezusa). Żydowskie trybunały z kolei skazywały przestępców – zależnie od czynu – na ukamienowanie, spalenie, dekapitację albo uduszenie.
Dziś Jezus kończyłby raczej – wybaczcie porównanie – jak Aleksiej Nawalny. Umieszczono by go w kolonii karnej, z której komunikowałby się ze światem za pośrednictwem internetu. Bo w naszych czasach jesteśmy ludźmi cywilizowanymi – w przeciwieństwie do brutali z czasów antycznych albo średniowiecza. Tak przynajmniej uważamy i tak sugerują statystyki.