Instytut ma stanowić „nowoczesny ośrodek wydawniczo-badawczy, skupiający najzdolniejszych naukowców oraz ekspertów”. Wymieniane na stronie kancelarii premiera zadania to m.in. promocja polskiej nauki w kraju i za granicą, organizacja konferencji, prowadzenie badań i analiz na tematy zlecone przez szefa rządu, a ponadto „wytworzenie mechanizmów i kapitału społecznego, który organizowałby się wokół idei państwowości” oraz „uwolnienie potencjału polskiej nauki w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych, który bywa blokowany wskutek różnych zależności finansowo-osobowych na uniwersytetach oraz w wydawnictwach komercyjnych”.
Mamy więc – tylko lekko zawoalowane – votum nieufności wobec licznych już istniejących podmiotów odpowiedzialnych za promowanie, organizowanie i analizowanie. Najwyraźniej zdaniem premiera sobie z tym nie radzą, skoro trzeba było powołać kolejny. I tym razem do roboty zatrudnieni zostali „najzdolniejsi” i – jak czytamy na gov.pl – „uznani naukowcy”.
Dyrektorem instytutu został na początku marca dr hab. Bogumił Szmulik, konstytucjonalista, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, członek Rady Legislacyjnej przy Prezesie Rady Ministrów, znany z zaangażowania w tworzenie dla Prawa i Sprawiedliwości ekspertyz w sprawie nowej konstytucji i sporów wokół TK. W mijającym tygodniu dodano mu do pomocy 18 członków Rady Naukowej, której rolą będzie (poza dbałością o wysoki poziom naukowy wydawanych przez instytut dzieł) służenie premierowi „eksperckim wsparciem przy tworzeniu polityk krótko- i długookresowych”.
Spośród powołanych do rady samodzielnych pracowników nauki do tego ostatniego zadania nada się niewątpliwie przewodniczący gremium prof. Marek Szydło, specjalista w zakresie publicznego prawa gospodarczego. Być może, pod pewnymi względami, również prof. Sabina Grabowska (konstytucjonalistka) oraz prof. Filip Ciepły (karnista). W odniesieniu do spraw organizacji nauki też znajdzie się parę osób mających w życiorysie doświadczenia rektorsko-dziekańskie. Reszta to, owszem, jeszcze kilkoro prawników, z tym że zajmujących się np. filozofią prawa, historią doktryn, prawem kanonicznym lub prawem rzymskim. Do tego historycy (m.in. od starożytności i od dziejów nauki, głównie XVII-wiecznej chemii), badacz dawnej literatury polskiej oraz archeolog. Fachowców od ekonomii i finansów, zarządzania, prawa międzynarodowego publicznego, administracji, stosunków międzynarodowych, polityk publicznych, marketingu, komunikacji społecznej, mediów czy bezpieczeństwa – brak, choć to akurat specjalności w strategicznym doradztwie dość użyteczne. Uzupełniają ten profesorski zestaw doktorzy, wśród nich dwaj zaufani urzędnicy premiera (prezes Rządowego Centrum Legislacji i dyrektor departamentu w kancelarii). W roli wisienki na torcie występuje jeszcze teolog.
Wsparcie eksperckie tego gremium włóżmy więc między bajki. A jak z promocją międzynarodową? Mierzoną publikacjami, cytowaniami i wykładami znaczącą pozycję naukową poza Polską da się przypisać tylko paru osobom z rady. Wsparcie dla promocji naszej humanistyki za granicą może się więc ograniczyć do żarliwej modlitwy w tej intencji, którą poprowadzą dwaj zasiadający w radzie duchowni (wersja tańsza), albo do wydania paru worków pieniędzy na imprezy i akcje bez realnego znaczenia (wersja droższa).
Pozostaje „uwalnianie potencjału” wewnątrz kraju. Na początek pewnie samych członków rady i związanych z nimi środowisk, bo uwagę zwraca dobra reprezentacja uczelni katolickich (KUL – trzech profesorów, UKSW – dwoje) oraz wyrywkowa obecność pewnych mniejszych ośrodków regionalnych (np. Bydgoszcz i Rzeszów). Z PAN są dwie osoby, z uniwersytetów Jagiellońskiego, Wrocławskiego i Śląskiego – po jednej, podobnie z Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nikogo z Uniwersytetu Warszawskiego czy np. z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Lwia część rady ma w życiorysie różne formy zaangażowania politycznego po „właściwej” stronie – od członkostwa w wyborczych komitetach poparcia przez publicystykę i tworzenie ekspertyz zgodnych z linią obozu władzy, po zasiadanie z nominacji PiS w innych gremiach i instytucjach, w tym nawet w Trybunale Stanu. Albo związki z takimi organizacjami jak np. Ordo Iuris. Pod tym względem rzeczywiście nominaci spełniają kryterium bycia najzdolniejszymi (politycznie) i uznanymi (na Nowogrodzkiej). W jednym przypadku (prof. Haliny Lichockiej) dochodzi jeszcze bycie matką wpływowej posłanki partii rządzącej (ale to zapewne zupełny przypadek).
Po rozwinięciu Instytutu De Republica z błyszczącej folii dobrze brzmiących komunałów mamy więc cukierek słodki w smaku jedynie dla partii rządzącej. A może szczególnie dla jednej frakcji, tej związanej z Mateuszem Morawieckim. Bo jak świat światem, a polityka polityką, dobrze jest móc odwdzięczyć się swoim poplecznikom jakąś ciepłą synekurą, w ramach której ani nie trzeba się napracować, ani nie ponosi się odpowiedzialności za nic konkretnego. To świetna okazja, by komuś ułatwić karierę naukową lub chociaż połechtać ego. A przy okazji ma się też narzędzie do realizacji projektu bardziej strategicznego – budowania, wedle własnych kryteriów i potrzeb, nowej „elity” akademickiej. Ostro działa już w tym kierunku w swoim resorcie minister Czarnek, choćby poprzez ostatnie zmiany na liście czasopism i wydawnictw punktowanych. Najwyraźniej premier uznał, że nie da się wyprzedzić podwładnemu. ©℗