Powiedzmy to szczerze, Milton Friedman nigdy nie był idolem polskich mediów głównego nurtu. Hołubienie osoby uznającej, że jedynym celem kapitalisty jest zysk, utrudniałoby rozwijanie cechy koniecznej do uzyskania miana wybitnego intelektualisty – a więc zdolności dostrzegania problemów we wszystkim oraz do nadymania ich do katastroficznych rozmiarów. Poza tym zysk i własność? To takie nieszlachetne. Już Jean-Jacques Rousseau ubolewał, że gdy „pierwszy człowiek ogrodził kawałek ziemi oraz powiedział: To moje!”, nie znalazł się nikt, kto „by kołki wyrwał (...) i zawołał do otoczenia: Uwaga! Nie słuchajcie tego oszusta; będziecie zgubieni, gdy zapomnicie, że płody należą do wszystkich, a ziemia do nikogo”.
Sytuacja zmieniła się w lutym tego roku. Oczywiście wciąż nikt w mediach – oprócz mnie – Friedmana nie cytuje otwarcie, ale ton narracji na temat zysku i własności w istocie stał się friedmanowski. Powód? Zapowiedź opodatkowania głównego źródła zysku mediów: reklamy. Dostrzegły one znakomicie, że atak na ich własność jest jednocześnie atakiem na ich wolność. Ale czy dostrzegą też, że właściwie każdy nowy podatek – bez względu na kogo nakładany – to atak na wolność? Wątpliwe.