Reklama

W środę dowiedzieliśmy się, że opozycjonista Aleksiej Nawalny trafił do aresztu w Kolczuginie w obwodzie włodzimierskim. Pan siedział w kolonii karnej numer dwa w Pokrowie w tym samym obwodzie.

Konstatntin Kotow: Fakt, że znalazł się w Kolczuginie, świadczy o tym, że najpewniej za kilka dni trafi do tej samej kolonii, co ja.

Zacznijmy od początku. Po wyroku więźniowie jadą tzw. etapem do miejsca przeznaczenia. Jak taki etap wygląda?

Przede wszystkim to jest zawsze zaskoczenie. Teoretycznie mogą cię wysłać na etap w dowolnym momencie, choć formalnie powinni odczekać do uprawomocnienia się wyroku. Dostajesz wyrok, odwołujesz się i gdy sąd podtrzyma decyzję z pierwszej instancji, dopiero trafiasz na etap. Ze mną nie czekali na uprawomocnienie. Jakieś dwa tygodnie po wyroku, był piątek wieczór, przyszli do celi i powiedzieli, że za trzy godziny mnie zabiorą. Spakowałem rzeczy, jeszcze raz wszystko sprawdzili i posadzili w więźniarce. Wtedy jeszcze się nie wie, dokąd cię wywożą. Możesz pytać, ale nikt ci nie odpowie. Po jakichś trzech godzinach jazdy dotarliśmy na Dworzec Kurski w Moskwie. Wprowadzili nas do pociągu. Wagon więzienny przypomina normalny, ale nie ma okien, a zamiast drzwi są kraty. W środku jakieś siedem prycz, ale nie mogliśmy się położyć. Jeśli dobrze pamiętam, było nas 10–15 osób. Wieźli nas niedługo, sześć, może siedem godzin. Rano znaleźliśmy się we Włodzimierzu. Obwód włodzimierski w kręgach więziennych cieszy się ponurą sławą. Chodzą o nim słuchy, które w sumie się potwierdziły. Całą tę włodzimierską poetykę odczuliśmy jeszcze na stacji.

Jakie słuchy?

To tak zwany czerwony region z czerwonymi obozami. To znaczy, że zarządza nimi administracja. Są jeszcze czarne obozy, gdzie rządzą się sami więźniowie.

I to gorzej, kiedy zarządza administracja?

Niestety, jak by to dziwnie nie brzmiało. W czarnych obozach żyje się nie zgodnie z regulaminem, a zgodnie z aresztanckimi poniatijami (niepisane reguły, które stosują kryminaliści – red.). Tak jest łatwiej, chociaż w czarnych bywają i narkotyki, i przestępstwa, ale i tak żyje się tam bardziej swobodnie niż w czerwonych. W obozach, którymi zarządza administracja, więźniowie bywają torturowani i zabijani.

Wróćmy na dworzec we Włodzimierzu.

Przyjeżdżasz do miasta. Obwód włodzimierski wita cię konwojem z psami. Zakładają kajdanki, przykuwają je do sznura i każą kucnąć. Kiedy wszyscy już są przykuci do sznura, pada komenda „ruszać naprzód”. Po kilkuset metrach ładują cię do więźniarki i odwożą do aresztu we Włodzimierzu. Z Nawalnym było trochę inaczej, bo odwieźli go do Kolczugina. W areszcie spędza się kilka dni. Ja trafiłem do niego w sobotę rano, a w czwartek przewieźli mnie do Pokrowa. Tam znajduje się kolonia poprawcza numer dwa o ogólnym rygorze.

Jak wygląda pierwszy dzień w kolonii?

O ile wiem, to powitania nie należą do przyjemnych. To prawda, chociaż ja bicia nie doświadczyłem. Wychodzimy z więźniarki. Każą nam podejść do budynku administracyjnego, stanąć twarzą do ściany i kucnąć. Bagaż z naszymi rzeczami leży obok. Pracownicy kolonii chodzą z psami, potem każdego po kolei wzywają, podpisujesz dokument, że nie masz żadnych zastrzeżeń do konwoju. Potem prowadzą cię do budynku, w którym znajdują się izolatki. Tam odbywa się kontrola osobista. Odbierają wszystkie zabronione rzeczy. Rozbierasz się do naga, oddajesz ubranie, dostajesz więzienne ciuchy. W obozie, w przeciwieństwie do aresztu albo więzienia, nie można chodzić w ubraniach z wolności. Strzygą cię na zero, rozmawia z tobą psycholog i medyk, a potem zaczyna się najciekawsze. Idziesz na rozmowę z pracownikiem oddziału operacyjnego. W czerwonych obozach to oni decydują o twoim losie. Podczas tej pierwszej rozmowy zaczął się mój konflikt z administracją. Zapytali, jak chcę żyć. Odpowiedziałem, że zgodnie z regulaminem. Usłyszałem, że skoro tak, to oni mi tu urządzą regulamin.

Urządzili?

W czerwonym obozie za byle co możesz dostać naganę. Nie pozdrowiłeś pracownika administracji, nie zapiąłeś guzika, źle zaścieliłeś pryczę. Po kilku naganach trafiasz do izolatki. Ja za nagany spędziłem w niej 10 dni. Nagany uniemożliwiają ci przedterminowe zwolnienie. Siedziałem ze średniego paragrafu, więc po połowie wyroku mógłbym się o nie ubiegać. Początkowo dostałem cztery lata, więc wniosek mógłbym złożyć po dwóch. Ale osobie naruszającej regulamin przedterminowe zwolnienie praktycznie nie przysługuje. To też jest narzędzie nacisku.

Ubrali pana w więzienny mundur. Co dalej?

Prowadzą cię na takie wewnętrzne podwórko, dostajesz do ręki miotłę i do kamery musisz oświadczyć, że nie popierasz układu aresztanckiego (nie będziesz grypsował – red.) i że zobowiązujesz się do pracy nad utrzymaniem porządku na terytorium. Mówiąc to, wykonujesz symboliczną pracę, np. zamiatasz jakiś odcinek asfaltu.

Taki rytuał przejścia.

Inicjacja. Tutaj odsiewają tych, którzy chcą grypsować, bo grypsujący nie mogą wykonać żadnej pracy na rzecz administracji. W mojej grupie nikt nie odmówił. Po tej inicjacji wysyłają cię do oddziału kwarantannowego na dwa, trzy tygodnie. To oznacza pobudkę o szóstej i capstrzyk o dziesiątej wieczorem. W międzyczasie wykonuje się wszystkie polecenia więźniów współpracujących z administracją, tzw. aktywu albo kozłów. Każą ci się gimnastykować, uczą, jak się głośno witać z klawiszami, jak raportować. Raporty się składa, kiedy klawisz się do ciebie zwraca. Nazwisko, imię, otczestwo (imię odojcowskie), data urodzenia, artykuł, z którego dostało się wyrok, daty początku i końca odsiadki. Dopiero po raporcie można rozmawiać z funkcjonariuszami. Jeśli coś się pominie, nagana. Nawet jeśli ktoś źle zna rosyjski, musi ten raport opanować i składać go głośno. Mogą cię tak ćwiczyć i godzinę, składasz raport za raportem. Uczą cię słać pryczę na czas zgodnie z regulaminem. W ciągu dnia musi być ona zasłana i nie wolno na niej usiąść. W oddziale kwarantannowym nie można rozmawiać z innymi więźniami ani palić. Nie ma się w nim wolnego czasu, nie możesz pisać listów ani ich czytać, nie ma się dostępu do książek. Nie masz dostępu do rzeczy osobistych, odbierają je dyżurni więźniowie, którzy danej doby odpowiadają za porządek. Cokolwiek chcesz zrobić, musisz uzyskać zgodę dyżurnego. Chcesz pójść do toalety, prosisz o zgodę, chcesz przysiąść na stołku, bo się zmęczyłeś, to samo. I to trwa całymi dniami, w moim przypadku dwa tygodnie. To wycieńcza psychicznie i fizycznie, a ze mną w tym oddziale byli też starsi ludzie. Jest jeszcze jedna nieprzyjemna procedura, którą nazywają kontrolą. Kontrola odbywa się dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Niezależnie od pogody wysyłają cię na plac. Stoisz, ręce za siebie, nie możesz się poruszyć ani rozmawiać. Czekasz, póki nie podejdzie klawisz. Wtedy mówisz nazwisko, imię i otczestwo. Potem czekasz, aż klawisze nie przejdą całej kolonii i nie sprawdzą tak każdego osadzonego. Może to trwać ponad godzinę. W mróz, upał czy deszcz.

Po tych dwóch tygodniach zaczyna się normalne łagierne życie?

Kiedy się znajdujesz na oddziale kwarantannowym, to też tak myślisz, ale nie. Potem wysyłają cię na jakiś czas do baraku o zaostrzo nym rygorze. Tam w zasadzie odnoszą się do ciebie w podobny sposób jak na kwarantannie. Nie wolno ze sobą rozmawiać, ciągle cię cisną dyżurni, ale już nie zmuszają do niekończącego się słania pryczy, nie zmuszają do robienia przysiadów i pompek. Całymi dniami siedzisz bez ruchu i oglądasz telewizję razem ze wszystkimi. Wychodzisz czasem na sprzątanie terytorium, prowadzą cię na stołówkę, podczas gdy na kwarantannie dostajesz jedzenie na oddział. Stołówka też jest nieprzyjemna. Dyżurni wyprowadzają cię z baraku, musisz iść w rzędzie z opuszczoną nisko głową, nie wolno się rozglądać. Na stołówce masz kilka minut na zjedzenie tego, co przed tobą położyli, wszystko w akompaniamencie krzyku i wulgaryzmów. W tym baraku możesz przebywać dość długo. Nie precyzuje tego regulamin, to decyzja administracji. Znam ludzi, którzy siedzieli w baraku o zaostrzonym rygorze kilka miesięcy, nawet lat. Ja tam spędziłem dwa tygodnie, a potem mnie przenieśli do zwykłego oddziału.

Więźniowie pracują.

Większość, ale nie wszyscy. Ludzie, którzy mają problemy zdrowotne, starsi – a mieliśmy też 80-latka – nie pracują. Ja zresztą też nie pracowałem.

Dlaczego?

Nikt mi tego nie wytłumaczył. Jakoś szczególnie nie marzyłem o pracy, ale wszystkich zdrowych prowadzili do warsztatów. Rozumiem, że w ten sposób chciano mieć nade mną większą kontrolę. Tak czy inaczej pobudka jest o szóstej. Wychodzisz, stajesz w szeregu, puszczają hymn Rosji, pięciominutowa rozgrzewka. Potem w szeregu idziesz na śniadanie, potem kontrola. Po kontroli jedni idą do pracy na cały dzień, np. przy szyciu bielizny, a ci, co nie pracują, przez cały dzień oglądają telewizję. Jakieś programy rozrywkowe, muzyczne. Regularnie urządzają lekcje wychowawcze, na których funkcjonariusze opowiadają o wewnętrznym regulaminie, prawie, profilaktyce alkoholizmu i narkomanii. W ciągu dnia obiad, wieczorem kolacja i kolejna kontrola, i na jakąś godzinę przed capstrzykiem – czas wolny. Wtedy można coś poczytać, odpisać na listy, robić z grubsza to, na co się ma ochotę. Chociaż na przykład nie mogłem rozmawiać ze współwięźniami, bo im tego zakazano. Przez większość odsiadki nie zamieniłem z nikim ani słowa, poza dyżurnymi i klawiszami.

I ten zakaz naprawdę był przestrzegany?

Tak. Można było wymienić dwa słowa w miejscu, gdzie nikt nie widział, na przykład w toalecie. A tak wszyscy się bali naruszania nawet takich niepisanych zasad, bo ryzykowali naganą, pobiciem albo powrotem do baraku o zaostrzonym rygorze.

Czyli pytanie, które chciałem zadać, o to, jak więźniów politycznych traktują kryminalni, trochę mija się z celem, bo pan tego nie wie, skoro z nikim pan nie rozmawiał.

W zasadzie to prawda. Poinformowano ich, że mają mnie źle traktować. Potem, bliżej końca wyroku, ten zakaz rozmów został po cichu zdjęty i wtedy odkryłem, że w sumie nie traktowali mnie źle, mimo że przeze mnie oni też mieli gorsze warunki odsiadki i musieli się stosować do ostrego reżimu. Ale rozumieli, że siedzę za nic, współczuli mi. Rozmawiałem z więźniem, który przyznał, że administracja kazała mu prowokować mnie, poruszać jakieś przykre dla mnie tematy, żebym użył siły, ale on tego nie zrobił. Powiedział, że skoro ja mu nic złego nie zrobiłem, to on mi też nic nie zrobi. Tam siedzieli przestępcy, złodzieje, dilerzy, a mimo to przejawiali więcej człowieczeństwa niż klawisze.

W kolonii nie ma takich cel jak w areszcie czy więzieniu.

Siedzi się w baraku, w którym jest jakieś 60 osób. Na każdego przypadają dwa metry kwadratowe.

Czym karmią?

Na śniadanie sieczka, czyli kasza albo ryż, herbata, biały i czarny chleb. Dwa razy na tydzień jajko, czasem masło. Na obiad zupa, zwykle postna, np. kapuśniak, albo kasza. Raz na jakiś czas dodają do tego tuszonkę albo kotlet. Na kolację zwykle purée albo kapusta, często kotlet rybny albo śledź.

Jak wygląda kwestia higieny osobistej?

Rano i wieczorem musisz pójść do łazienki i nad umywalką umyć zęby i twarz. Bardzo tego pilnują. Do łaźni prowadzą raz na tydzień. W baraku jest prysznic, ale mogą z niego korzystać tylko więźniowie dyżurni.

Weekendy czymś się różnią od dni roboczych?

Prawie niczym. Ten sam reżim obowiązuje, chociaż czasem organizują zawody sportowe, był turniej szachowy, czasem jakiś koncert.

Jak wyglądają spotkania z rodziną albo adwokatami?

Więźniom przysługuje spotkanie krótkoterminowe z rodziną raz na dwa miesiące. Takie spotkanie trwa trzy godziny i odbywa się w długiej sali, gdzie więźniów i gości oddziela szklana albo plastikowa ścianka. Rozmawia się przez słuchawkę. Z adwokatami widujesz się w innym pomieszczeniu. Też jest taka ścianka, ale w sali nie ma nikogo poza tobą i prawnikiem, co teoretycznie powinno gwarantować poufność rozmowy. Co do zasady adwokat może przyjechać, kiedy chce. Mnie odwiedzali raz na dwa tygodnie, dość często. To się administracji nie podobało. Próbowali mnie nakłonić, żebym przekonał prawników, żeby przyjeżdżali rzadziej. I to też było jedno z głównych pól konfliktu. Bali się, że na spotkaniu będę opowiadał szczegóły o porządkach w kolonii albo będę się na coś skarżył. Operacyjni dawali mi też do zrozumienia, że ta gwarancja poufności rozmów z adwokatem jest dęta.

W jaki sposób pana naciskali?

Mówili, że jeśli ograniczę spotkania, nie będę tak dużo listów pisał i w ogóle ograniczę do minimum kontakt ze światem zewnętrznym, to będę spokojnie siedział, czytał sobie cały dzień i że będę mógł rozmawiać z innymi więźniami, że zdejmą ze mnie ten rygor. Ale nie zamierzałem iść na współpracę z administracją, stąd były choćby te prowokacje, o których wspominałem. Jeden ze współwięźniów się nie zgodził, ale niektórzy się godzili. Przykre pytania o sprawy osobiste itp. Nie reagowałem, więc to się po pewnym czasie skończyło.

Stosowano wobec pana przemoc fizyczną?

Wobec mnie nie, ale słyszałem o takich przypadkach wobec innych więźniów.

Jacy więźniowie siedzą w Pokrowie?

Są złodzieje, osoby łamiące przepisy antynarkotykowe. Ale były też ciekawsze przypadki skazanych za oszustwa. Wśród nich zdarzali się ludzie o dość wysokim statusie społecznym. Siedzieli ze mną bankowcy, znaczący biznesmeni, był eksdeputowany parlamentu Udmurcji. Zróżnicowana publiczność. Kiedy już pozwolono mi rozmawiać, zdarzały nam się ciekawe dyskusje. Oni byli dość mocno po mojej stronie, niektórzy nawet podzielali moje poglądy polityczne.

Ciężsi przestępcy siedzą w koloniach o zaostrzonym rygorze, a nie w Pokrowie.

Tak. Zgodnie z prawem przestępcy odsiadujący pierwszy wyrok idą do kolonii o ogólnym rygorze. Ale Pokrow to jedna z najcięższych takich kolonii.

Na wolności angażował się pan w obronę ukraińskiego reżysera Ołeha Sencowa i ukraińskich marynarzy wziętych przez Rosję do niewoli. Był pan pierwszym rosyjskim więźniem, który trafił do obozu za naruszenie zasad demonstracji ulicznych.

W akcie oskarżenia wymieniono cztery takie epizody, a po piątym natychmiast wszczęto postępowanie. Początkowo dostałem cztery lata, a po kasacji skrócono wyrok do półtora roku. W samej kolonii spędziłem około roku.

Co pan zrobił pierwszego dnia po wyjściu?

Wypuścili mnie od razu o szóstej rano, co nie było standardową praktyką. Najwyraźniej chcieli się mnie jak najszybciej pozbyć. Przyjechało po mnie mnóstwo przyjaciół, znajomych i krewnych. Nie chciano, żeby grupowali się przed bramą. Po wyjściu utonąłem w ich ramionach. Była wśród nich żona, z którą wziąłem ślub jako więzień, ale nie miałem możliwości, żeby z nią pobyć, bo cała ceremonia trwała pięć minut. Są dłuższe widzenia dla rodzin, przysługują raz na trzy miesiące i wtedy trzy doby można pomieszkać razem w oddzielnym pomieszczeniu. Ale ja nigdy nie dostałem na nie zgody, więc zobaczyłem żonę dopiero po wyjściu na wolność. I wtedy dostałem od niej obrączkę. Cudowny dzień.

A jak wygląda ślub w kolonii?

Ślub braliśmy, kiedy siedziałem w Matrosskiej Tiszynie, w areszcie w Moskwie. Nie jest to proste do zorganizowania. Trzeba zdobyć wiele zgód, wypełnić mnóstwo dokumentów. Sama biurokracja trwała z półtora miesiąca. Klawisze zaprowadzili mnie do sali, na której była już moja narzeczona i urzędnicy urzędu stanu cywilnego. Urzędniczka wygłosiła patetyczną przemowę. Nałożyliśmy sobie obrączki, przytuliliśmy się i tyle. Nawet nie zdążyłem jej porządnie pocałować, bo mnie wyprowadzili. Po ślubie dostaje się u nas wpis do dowodu osobistego. Okazało się, że dostałem ten wpis jeszcze przed ślubem, ożeniono mnie z góry.

Zmieniło pana doświadczenie kolonii karnej?

Oczywiście, pewne zmiany psychologiczne zostają na długo. Wyrok odbija się na człowieku. Kiedyś aktywnie uczestniczyłem w życiu społecznym, teraz jestem ostrożniejszy, bo wiem, czym to się może skończyć, chociaż poglądów nie porzuciłem. Otwarcie opowiadam też o odsiadce. Zamierzam też podać do sądu funkcjonariuszy, którzy łamali moje prawa. Leczę się z traumy, opowiadając o niej.

Gdyby miał pan szansę poradzić Nawalnemu, co robić albo czego nie robić?

Nie należy dogadywać się z klawiszami ani poddawać się ich presji. Wewnątrz siebie trzeba pozostać sobą, tak wolnym człowiekiem jak przed wyrokiem. I wykorzystywać każdą możliwość kontaktu ze światem zewnętrznym, by opowiadać, co się dzieje. Jestem pewien, że Nawalny właśnie tak będzie się zachowywał. Oni najbardziej boją się jawności. Jawność to jedyna broń, jaką mamy.

Na stronie internetowej kolonii nr 2 można przeczytać, że znajduje się tam „dotykowy terminal informacji prawnej, pomagający przygotować się do zwolnienia z kolonii”. Co to takiego?

Nie wiem, nie widziałem go.

Czyli nie mógł się pan porządnie przygotować do zwolnienia.

Zabawna historia, bo prawnicy starali się, żebym został uwolniony na dziewięć dni przed końcem wyroku. Odbyło się posiedzenie sądu, który odrzucił ten wniosek, bo administracja przekonywała, że trzeba ze mną jeszcze przeprowadzić rozmowy wychowawcze, żebym wyszedł na wolność jako człowiek w pełni zreedukowany. Okazało się, że to fikcja, bo nikt ze mną nie rozmawiał.

Konstantin Kotow, programista, działacz społeczny, uczestnik wielu manifestacji opozycyjnych. W latach 2019–2020 odbywał wyrok za łamanie reguł zgromadzeń publicznych. siedział m.in. w kolonii karnej w Pokrowie, gdzie prawdopodobnie trafi Aleksiej Nawalny