Nie chodzi nawet o sam wpływ COVID-19 na zdrowie publiczne. Gdy idzie o liczbę ofiar śmiertelnych (w przeliczeniu na milion mieszkańców), Grecja wypada znacznie lepiej niż Polska. Rzecz raczej w tym, że recesja, której grecka gospodarka nieuchronnie zaczęła doświadczać, ma fatalny wpływ na ogólną sytuację Hellady. Chodzi głównie o dług publiczny. Gdy dekadę temu o greckim długu zrobiło się głośno, Ateny obwołano „chorym człowiekiem Europy”. Ten chory człowiek został następnie szybko ubezwłasnowolniony. To znaczy pozbawiony faktycznej suwerenności i zmuszony do przyjęcia końskiej kuracji oszczędnościowej przez pozostałe kraje strefy euro. W czym niesławną rolę odegrały – jak pamiętamy – Niemcy. Ów straszliwy grecki dług publiczny wynosił wówczas 170 proc. PKB. Ile wynosi dziś? Przekroczył właśnie 200 proc. PKB. Oczywiście jest to nieuchronna konsekwencja kurczącej się gospodarki. No bo skoro PKB spada, to nie ma takiej siły, by dług się nie powiększył.
Czytelnicy wychowani na polskim liberalnym dogmatyzmie zakrzykną pewnie: niech Grecy spłacą długi! Owszem – jedną z dróg zmniejszania zadłużenia publicznego jest droga zwana austerity – mieszkanka podwyżek podatków i zmniejszenia wydatków państwa. Problem w tym, że Grecy takiej terapii poddawani są od 2013 r. Z fatalnymi efektami: bezrobocie w tym czasie urosło do ok. 20 proc. A stan społecznego oburzenia wyniósł do władzy lewicową Syrizę. Partia ta z początku obiecywała Grekom, że nie ugnie się pod dyktatem oszczędnościowym Unii i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W końcu jednak rząd Aleksisa Ciprasa skapitulował i pokornie spełnił żądania Zachodu. Sprywatyzowano wiele obiektów użyteczności publicznej i zmasakrowano greckie państwo dobrobytu. A gospodarce zafundowano kryzys ciągnący się już od dekady. Czy długi udało się spłacić? Nie. W 2021 r. jest nawet gorzej, niż było.
Czy można więc z greckim długiem zrobić coś innego? Owszem. Można go zrestrukturyzować. To określenie eufemistyczne. Precyzyjniej byłoby powiedzieć „darować”. Wtedy Grecja miałaby może szansę na nowy start. Teoretycznie dałoby się to zrobić bez problemu. W końcu grecki dług trzymany jest dziś głównie przez inne kraje strefy euro w ramach mechanizmów unijnej stabilizacji zadłużeniowej. Nie ma w tej chwili politycznego przyzwolenia w Europie na otwarte darowanie tych zobowiązań. Zbyt wiele zachodnia prasa głównego nurtu napisała o greckich darmozjadach i utracjuszach. Zbyt mało jest też gotowości na uznanie faktu, że zadłużeniowe problemy Hellady mają swe źródło w tym, jak skonstruowana jest strefa euro. I że dla części krajów (w tym Grecji) okazała się pułapką, z której w zasadzie nie da się wydostać.
W swoim najnowszym tekście były grecki polityk i ekonomista Georgios Alogoskoufis proponuje jeszcze jedną drogę. Nazywa ją „stopniowym dostosowaniem”. Ta ścieżka nie zakłada wielkiego uwolnienia od długu. Dług pozostanie, ale schowany (na zawsze) w bilansach EBC i bogatszych krajów strefy euro, w tym Niemiec. Grecja dostanie zaś trochę tlenu na wychodzenie z zadłużenia drogą keynesowską – to znaczy poprzez wzrost gospodarczy. Tak jak zawsze wychodziło się z wielkich długów po przeróżnych wojnach i kataklizmach. Pytanie oczywiście, czy Unia na to Grekom pozwoli i czy nie będzie ich co jakiś czas przyduszać koniecznością kolejnych serii fatalnej polityki spod znaku austerity.