Widać opanowanie inflacji, która spadła w styczniu do ok. 8 proc. To mały kroczek do większej stabilizacji.
W tym kontekście ważne są sygnały Narodowego Banku Ukrainy: na początku roku nieco ściął stopy procentowe, jednak bez zapowiedzi dalszych obniżek. To z jednej strony może przeczyć tezie o wyprzedzaniu pokoju przez gospodarkę. Z drugiej – ułatwia to bankom planowanie akcji kredytowej. Ukraińska gospodarka okrzepła w tym sensie, że nie doświadcza już gwałtownych tąpnięć, w zeszłym roku wzrost był umiarkowany, rzędu 1,8–2 proc. Niestety, nie da się powiedzieć, że dane wysyłają jednoznaczne sygnały nadchodzącego pokoju.
Gospodarka w pewnym stopniu zaakceptowała wyższe koszty funkcjonowania. Na przykład: tracimy część źródeł energii, ale jednocześnie rośnie świadomość, że prąd będzie droższy i trzeba się do tego dostosować. Jeśli firma przechodzi na generatory, to wyższy koszt energii musi zostać przerzucony dalej – i rynek w pewnym sensie to wchłania. Dzięki temu nie jest tak, że każdy cios energetyczny automatycznie wywołuje gwałtowne tąpnięcie.
Pewnie nie każda, ale w praktyce większość ma jakieś zabezpieczenie. Generatory są powszechne, ale pamiętajmy, że energia z generatora jest kilka razy droższa niż prąd z sieci.
Sześćdziesiąt cztery. Są rozsiane po całym kraju. Jeśli chodzi o wyzwania, dam prozaiczny przykład. Gdy ogłaszany jest alarm, oddział banku, jak każda placówka publiczna, musi zostać zamknięty. I teraz wyobraźmy sobie dzień, w którym alarmy trwają właściwie bez przerwy. W kilku oddziałach, zwłaszcza blisko frontu, bywały sytuacje, że przez 3–4 dni pracownicy w ogóle nie pojawiali się, bo alarmy były praktycznie ciągłe. Wówczas trzeba zapewnić im możliwość pracy zdalnej, gdy tylko jest to możliwe, ale też zadbać o ich bezpieczeństwo, w tym o miejsca schronienia.
Tak. Zdarzyło się nawet, że niedaleko naszego oddziału, który akurat wizytowałem, spadł dron.
Na pewno ogranicza rozwój i wpływa na wyższe koszty działalności. Mamy 64 oddziały i pozostajemy rentowni.
Praca w banku jest dla wielu osób stabilnym i cenionym miejscem zatrudnienia. Pracownicy ze Wschodu w wielu wypadkach przenosili się i są teraz w innym miejscu.
Nie wiemy. Nie utrzymujemy kontaktu z tamtą stroną. Mogę natomiast powiedzieć o tym, co widziałem: w Chersoniu w trakcie okupacji włamano się do sejfu, by wyjąć gotówkę. Ten oddział ucierpiał także w bezpośrednim ataku, ale nadal działa, bo ludzie tam potrzebują usług.
Firmy nauczyły się też adaptować do wojny w szerszym sensie – w logice całego procesu produkcji i utrzymania ciągłości działania. Mamy klienta, który miał fabrykę w Sumach. Jego zakład został zniszczony, ale w ciągu dwóch miesięcy przeniósł go na zachód kraju i wznowił produkcję.
Wyroby z tworzyw sztucznych. Przeniesienie linii produkcyjnej nie jest łatwe, trzeba ją zdemontować, przewieźć, złożyć i uruchomić, to proces skomplikowany. W tym przypadku udało się nie tylko przenieść wyposażenie, lecz także zabrać maszyny uszkodzone, część udało się naprawić. Oczywiście dochodzi czynnik nowego miejsca, bo trzeba się oswoić z inną lokalizacją, ale największym ograniczeniem i tak są ludzie: zasoby kadrowe są w tutejszej gospodarce wąskim gardłem.
Kto płaci więcej, ten ma większe szanse przyciągnąć lepszych ludzi. Ale nie wszyscy kierują się wyłącznie pieniędzmi. Dla części liczy się stabilność organizacji, miejsce pracy i relacje z zespołem…
Tyle że nie wszyscy mogą emigrować. I dlatego jednym z kluczowych mechanizmów było korzystanie z formalnych możliwości wyłączania pracowników z mobilizacji. Istnieją limity – bronowanie – które pozwalają firmom zachować kluczowe osoby, oficjalnie zwalniając je z obowiązku służby wojskowej. To szczególnie istotne w sektorach wymagających specjalistycznych kompetencji. Są też inne systemowe rozwiązania: osoby piszące doktorat są wyłączone z mobilizacji, podobnie jak rodzice trójki dzieci. W praktyce oznacza to, że zarówno firmy, jak i pracownicy aktywnie poruszają się w ramach dostępnych regulacji, próbując zachować ciągłość pracy i życia zawodowego. Chociaż faktem jest, że na początku wojny nastąpił gwałtowny odpływ ludzi, ale później sytuacja się ustabilizowała. Wprowadzono możliwość powrotu do kraju bez automatycznej mobilizacji, co sprawiło, że część osób wróciła. Jednocześnie inni wyjechali właśnie dlatego, że taka możliwość się pojawiła. System osiągnął więc kruchy punkt równowagi. Ponadto mamy do czynienia z pewną normalizacją ekstremalnych warunków wojny.
Byłem w Chersoniu. To w dużej mierze miasto duchów, lecz nie wszyscy z niego wyjechali. Dlaczego? Oczywiście, ci ludzie nie uznają sytuacji za normalną, ale z jakichś przyczyn się do niej adaptują. Pamiętam rozmowę z jedną z pracownic, która powiedziała mi, że była „na wakacjach” w Pokrowsku. Nie byłem pewien, czy żartuje. Przecież to miasto znajduje się pod nieustannym ostrzałem rosyjskim. Okazało się, że jej mąż tam pracował, więc pojechała go odwiedzić na tydzień.
Jako bankowiec bardziej ufam przedsiębiorcom ostrożnym. Jeżeli ktoś dziś podchodzi do inwestowania w Ukrainie z nadmiernym optymizmem, zaczynam się niepokoić. Skala niepewności jest tak ogromna, że dużo bardziej wiarygodna jest postawa: mam plan, ale jeszcze go ważę. Przykład: producent krochmalu. To biznes sezonowy, od września do grudnia. Rozważali uruchomienie nowej linii do produkcji wysokiej jakości krochmalu medycznego, wykorzystywanego jako komponent w lekach. Ostatecznie zrezygnowali. Są zbyt blisko frontu i uznali, że ryzyko zainwestowania kilku milionów euro w linię, która może zostać zbombardowana, jest zbyt wysokie. Dużych inwestycji więc raczej nie ma. Są natomiast mniejsze projekty – takie, które pozwalają firmom lekko zwiększyć udział w rynku bez podejmowania dużego ryzyka: rozbudowa mocy, dodanie pojedynczych elementów, poprawa efektywności. Nie buduje się nowych fabryk, ale nie wstrzymano wszystkiego.
Ukraina to dziś jeden z najbardziej dynamicznych ekosystemów producentów dronów na świecie, ale głównym klientem jest państwo, które ma ogromne zapotrzebowanie. Dla części firm oznacza to praktycznie gwarantowany zbyt. Są już w tej branży przedsiębiorstwa, które wyraźnie wysuwają się do przodu, choć jeszcze nie można mówić o globalnych potęgach. Są tu olbrzymia konkurencja technologiczna i niezwykłe eksperymenty. Na przykład na początku wojny nikt nie myślał o dronach sterowanych światłowodem. Dziś – ze względu na zagłuszanie sygnałów radiowych – to realna alternatywa. Są miejsca, gdzie pola są dosłownie obsiane wiązkami światłowodów. Nie wiadomo jeszcze, która technologia wygra, ale już widać firmy dominujące w poszczególnych niszach.
Ukraińskie doświadczenie pokazuje, jak ważne jest realne planowanie awaryjne: co robimy, gdy tracimy dostęp do energii, gdy zrywa się łańcuch dostaw, gdy znika personel. W Polsce często mamy procedury kryzysowe na papierze. Tymczasem trzeba naprawdę zadawać sobie pytanie: co zrobimy, jeśli jutro stracimy prąd? Nie chodzi o to, by każdy kupował generator. Chodzi o świadomość ryzyka i przygotowanie alternatywy.
biznesu?
Tak. I to zainteresowanie ma bardzo konkretne podstawy. Tutejsze przepisy są mniej restrykcyjne niż w UE, co pozwala zyskać na konkurencyjności. Ukraina może się stać więc naturalną alternatywą dla produkcji w Unii. Z kolei minimalne wynagrodzenie miesięczne wynosi ok. 8,4 tys. hrywien. To ok. 750 zł. Realnie trudno znaleźć pracownika za taką stawkę, ale już przy 15 tys. hrywien, czyli ok. 1350 zł, pojawia się zaciekawienie. Inna przyczyna zainteresowania polskich firm Ukrainą to przekonanie, że jej integracja z Zachodem jest nieunikniona. W związku z tym niektóre branże rozważają już teraz przeniesienie części produkcji do Ukrainy, bo to będzie nowy rynek zbytu.
Wszędzie tam, gdzie wartością dodaną jest technologia, know how, optymalizacja kosztowa i transfer kompetencji. Do tego dochodzi jeszcze drugi element: odbudowa kraju ma iść w parze z modernizacją. Przykład: zostałem poproszony o znalezienie polskiej firmy budowlanej, która mogłaby wznieść most w jednym z tutejszych miast. Dla lokalnych władz to projekt cywilizacyjny, bardzo ważny. Ale nie chodziło tylko o to, żeby postawić most. Usłyszałem: potrzebujemy firmy, która potrafi go zbudować bez stosowania klasycznego, ciężkiego cementu – w sposób, który obniży koszt o ok. 40 proc., a jednocześnie przeprawa musi zachować pełną wytrzymałość i spełnić europejskie standardy.
Nie obserwuję szczególnego przygotowania zagranicznych korporacji do wejścia na rynek ukraiński. Ponadto Polska ma tu bardzo ciekawą rolę do odegrania. Skoro i tak wykonujemy dziś wiele zadań dla niemieckich firm, dlaczego nie mielibyśmy tego modelu rozszerzyć na Ukrainę? To racjonalna strategia zwiększania własnej obecności gospodarczej przez międzynarodowe konsorcja. Naszą przewagą jest relatywna bliskość kulturowa. Niemieckie standardy organizacyjne są dużo dalej od ukraińskiej rzeczywistości niż polskie. My wciąż mamy ludzi, którzy pamiętają, jak wyglądały realia 20 lat temu. Dla nich wiele rzeczy na Ukrainie nie jest szokujące. To predestynuje Polskę do roli pomostu między Zachodem a Kijowem.
Są nieprawdziwe. To element rosyjskiej narracji propagandowej. Nie ma formalnego przypisania regionów do państw, które miałyby je odbudowywać. To, co widać realnie w ukraińskiej gospodarce, to relokacja biznesu. Przykładem jest Zakarpacie, region wcześniej raczej peryferyjny, a dziś dynamicznie rozwijający się, bo najmniej dotknięty działaniami wojennymi. Tam przenosi się wiele firm, również z Charkowa. Lwów był pierwszym naturalnym kierunkiem, ale infrastruktura zaczyna się tu dusić: brakuje przyłączy energetycznych, przestrzeni pod rozwój. Inna sprawa to przekonanie – błędne – że o wszystkim decyduje Kijów. Bliskość polityki i biznesu jest oczywiście w Ukrainie znacznie większa niż w Polsce. Przy lokalizacji fabryki kluczowe bywa spotkanie z merem miasta – to on często podejmuje decyzje. Dla mera najważniejsze są jednak lokalne miejsca pracy, a to daje perspektywę reelekcji, więc jeśli inwestycja je zapewnia, lokalne władze są zwykle bardzo pomocne.
Będzie musiała wypracować własny model gospodarczy. Jest tu silne poczucie wolności jako zasady życiowej, ale jednocześnie poziom biurokracji bywa zaskakujący. Prawo jest niezwykle szczegółowe, a jego interpretacja często subiektywna. Można odnieść wrażenie, że przy ścisłym przestrzeganiu przepisów człowiek łamie jakieś regulacje, po prostu idąc chodnikiem. Dlatego kluczowe dla inwestorów będzie zbudowanie wiarygodnych, niezależnych instytucji, zwłaszcza sądownictwa. W sprawach drobnych roszczeń widać już poprawę: rozprawy są nagrywane, procedury przyspieszyły, przestrzeń do nadużyć się zmniejszyła. Ale przy dużych inwestycjach nadal podstawowym pytaniem pozostaje bezpieczeństwo kapitału.
To dokładnie tak, jakbyśmy zadali Niemcom to samo pytanie o Polskę jeszcze przed naszym wejściem do Unii. Myślenie w kategoriach obawy jest błędne. Zamiast się zastanawiać, czego się bać, powinniśmy myśleć o tym, jak możemy w tym pomóc. Ukraina w UE to nie zagrożenie, tylko potencjalne rozszerzenie wspólnej przestrzeni gospodarczej, w której Polska może odegrać bardzo istotną rolę.
Najważniejsze jest to, że w świadomości ogromnej części społeczeństwa – ok. 80 proc. – nie ma alternatywy. Nie ma drogi na Wschód. Jedynym realnym, dyskutowanym kierunkiem jest Unia Europejska. I to nie jest projekt elitarny – Ukraińcy po prostu chcą do Unii. Oczywiście część przedsiębiorców może się obawiać kosztów dostosowania, regulacji i konkurencji na równych zasadach, ale to są obawy regulacyjne, a nie cywilizacyjne czy geopolityczne.
Formuła norweska działa dobrze w przypadku krajów bardzo bogatych, które stać na uczestnictwo w jednolitym rynku bez dostępu do pełnego mechanizmu decyzyjnego. Ale warto pamiętać, że sama UE nigdy nie była projektem jednowymiarowym. Są państwa takie jak Dania, które zachowały własną walutę, mimo że są pełnoprawnymi członkami Wspólnoty. Fundamenty Unii są dwa: po pierwsze, zapobieganie wewnętrznym konfliktom, i po drugie, wspólne bogacenie się. Integracja zawsze była elastyczna i stopniowa.
Ukraina jest kulturowo zdecydowanie bliższa Europie niż choćby Turcja. To nie jest wyłącznie kwestia gospodarki, ale też wartości i cywilizacyjnego zakotwiczenia. Jeśli chodzi o zasoby, to tak, Ukraina ma ogromny potencjał rolny. To oczywiście budzi obawy francuskich czy polskich rolników, bo oznacza konkurencję. Ale to nie jest argument przeciwko integracji, tylko argument za mądrą polityką przejściową. Dlaczego europejskie firmy – tak jak wcześniej Holendrzy inwestowali w Polsce – nie miałyby inwestować w Ukrainie? To naturalny proces, a nie katastrofa.
Tak. I to jest bardzo prawdopodobny scenariusz. W gospodarce najważniejszym partnerem zawsze jest sąsiad. Jeśli sytuacja się ustabilizuje, Polska może się stać dla Ukrainy tym, czym Niemcy są dla nas: centrum koordynacji, transferu technologii, kapitału i know how. To nie jest wizja zagrożenia, tylko ogromnej szansy – pod warunkiem że będziemy ją postrzegać strategicznie, a nie emocjonalnie.
Powinien nawiązywać kontakty. Trzymać rękę na pulsie. Nie musi mieć jeszcze firmy w Ukrainie, ale może mieć już rachunek w banku, co zaoszczędzi mu wiele czasu w przyszłości. Tylko przestrzegam przed chodzeniem na skróty i wiarą we własne zdolności. W Ukrainie i w Polsce jest taki sam zwrot „na pewno”, ale w Ukrainie oznacza „być może”. ©Ⓟ