Wyprawa Marii Wiernikowskiej do Rosji wywołała burzę. Krytycznie wypowiedzieli się o niej m.in. eksperci i przedstawiciele rządu. „Myślicie, że da się w Rosji nagrać materiał dziennikarski bez zgody i pomocy tamtejszych władz?” – pytał retorycznie na portalu X rzecznik rządu Adam Szłapka. O tym, że dla zagranicznych dziennikarzy praca w tym kraju staje się coraz trudniejsza, opowiadał niedawno w podcaście „The Explanation” Steve Rosenberg, korespondent BBC w Moskwie. Człowiek, który wielokrotnie – również po wybuchu wojny w Ukrainie – miał okazję zadawać Władimirowi Putinowi niewygodne pytania. – Przeczytałem końcową deklarację szczytu BRICS. Mówi ona o potrzebie globalnej i regionalnej stabilności oraz bezpieczeństwa, a także sprawiedliwym świecie… Co to ma wspólnego z pana działaniami w ciągu ostatnich dwóch i pół roku, z rosyjską inwazją na Ukrainę? Gdzie tu sprawiedliwość, stabilność i bezpieczeństwo? – pytał Putina podczas konferencji prasowej na szczycie BRICS w Kazaniu w 2024 r.
Rosenberg relacjonował, że zarówno on sam, jak i niewielka grupa zachodnich korespondentów, którzy pozostali na miejscu po 24 lutego 2022 r., bywają śledzeni, a urzędnicy i eksperci coraz rzadziej zgadzają się z nimi rozmawiać. Do tego dochodzi ryzyko uwięzienia i stania się ofiarą „dyplomacji zakładników” – strategii polegającej na aresztowaniu obcokrajowców i wykorzystywaniu ich jako środka nacisku na państwa, których są obywatelami. Choć wydawało się, że wraz z końcem zimnej wojny tego rodzaju metody odchodzą do przeszłości, po agresji zbrojnej na Ukrainę zostały wskrzeszone.
Taki właśnie los spotkał amerykańskiego korespondenta „The Wall Street Journal” Evana Gershkovicha, którego aresztowano w 2023 r. pod zarzutem szpiegostwa. Plan opracowany przez szefa FSB gen. Władisława Mieńszykowa zakładał wymianę dziennikarza na funkcjonariusza służb bezpieczeństwa, który odbywał w Niemczech karę dożywotniego pozbawienia wolności. Gershkovich spędził za kratami 16 miesięcy. Uwolniono go w ramach największej w najnowszej historii amerykańsko-rosyjskiej wymiany więźniów. Jej elementem była również zgoda Polski na zwolnienie Pawła Rubcowa, szpiega zatrzymanego przez nasze służby kilka dni po wybuchu wojny.
Wiernikowska postrzega sytuację dziennikarzy w Rosji nieco inaczej. Zapytana przez DGP o podróżowanie po kraju Putina stwierdziła, że jest to „cholernie łatwe”. Choć początkowo zgodziła się z nami porozmawiać i deklarowała gotowość do odpowiedzi na nasze pytania, ostatecznie wywiad odwołała. Jak wyjaśniała, redakcja Kanału Zero woli wstrzymać się z komentarzami do czasu publikacji wszystkich odcinków z jej wyprawy na Wschód. Wedle założyciela platformy Krzysztofa Stanowskiego widzowie zobaczą w nim prawdziwe oblicze Rosjan: – Chcemy pokazać w tym reportażu, kim są ci ludzie, co się z nimi stało, jak przeprano im mózgi, co nimi kieruje, jakiego rodzaju osobowości tam są – mówił Stanowski. Zapewniał, że materiał Wiernikowskiej nie jest laurką dla agresora.
W pierwszym odcinku polska dziennikarka serwuje widzom krótkie, uprzejme rozmowy z mieszkańcami Królewca. Spaceruje po ulicach, odsłaniając codzienność miasta żyjącego w cieniu sankcji. Zatrzymuje się przy całodobowej kwiaciarni i pyta sprzedawczynię, jak funkcjonuje w sytuacji, w której podróże zagraniczne – np. do Polski – stały się praktycznie niemożliwe. – Mamy dokąd jeździć, tu jesteśmy u siebie. Poza tym są samoloty, statki – odpowiada kobieta.
Na ekranie widzimy potem serię ujęć: mężczyznę śpiewającego na placu w centrum miasta, grupę młodych, roześmianych chłopaków i galerię handlową, w której Wiernikowska przymierza futrzane czapki. W restauracji z entuzjazmem opisuje serwowane dania, a na targu filmuje stoiska pełne warzyw i owoców. – U nas mówi się, że u was jest kryzys – zagaja jedną ze sprzedawczyń. W odpowiedzi słyszy, że „w Rosji wszystkiego jest, o, potąd”. – Rosja zwycięży! – dodaje kobieta.
Mili Rosjanie
Wiernikowska nie jest jedyną mieszkanką Zachodu, która publikuje w mediach materiały ocieplające wizerunek Rosji. Europejscy i amerykańscy youtuberzy podróżują tam regularnie, pokazując światu, że kraj ten nie załamał się po wybuchu wojny.
Jednym z nich jest Kamil Cichocki, który od dziewięciu lat prowadzi na YouTube kanał podróżniczy Kamil in Travel. Był już m.in. w Chinach, Japonii, Laosie i Kenii. W październiku 2025 r. zamieścił swój pierwszy film z Rosji. Podkreślał, że „nie jest to wyjazd sponsorowany”, a na pomysł podróży wpadł sam. Jak zapewniał, marzył o niej od dawna. A skoro sytuacja polityczna „się zagęszcza”, być może to ostatni moment na wyjazd. W Moskwie spacerował ulicami z drogimi sklepami, filmując luksusowe samochody (głównie mercedesy). Jego relacje niewiele różnią się od tego, co w pierwszym odcinku zaprezentowała Wiernikowska.
Materiały tego typu mają kilka wspólnych cech. Przedstawiają Rosję jako kraj zamożny i spokojny. Miejsce, w którym można dobrze się bawić. Jednocześnie sugerują, że sankcje nałożone przez Zachód w związku z agresją na Ukrainę nie działają. Reporterzy odwiedzają liczne sklepy, żeby to udowodnić. – Znajdują się tu wszelkiego rodzaju marki europejskie, które rzekomo nie istnieją w Rosji – mówi Kamil, wskazując na sklepy Furli i Max Mary w słynnym centrum handlowym GUM. Prezentuje drogerię z zachodnimi perfumami i wypełnione Coca-Colą Zero półki w supermarkecie. I zachwyca się niskimi cenami. – Jakbyście chcieli zjeść steka, to macie: 6 euro za 250 gramów – cieszy się przy dziale mięsnym.
Jeśli ktoś wciąż nie czuje się przekonany, podróżujący do Rosji dziennikarze i blogerzy mają jeszcze inny argument: ludzie są tu niezwykle mili i – co charakterystyczne w relacjach rodzimych reporterów – lubią Polaków. W filmie Marii Wiernikowskiej kwiaciarka chwali nasze chleb i kiełbasę, kelnerzy wspominają wizyty w popularnej sieci dyskontów, a sprzedawca na straganie żali się, że dawno nie był nad Wisłą. Kamilowi Cichockiemu młodzi Rosjanie opowiadają, że uwielbiają „Wiedźmina”, a napotkana na ulicy kobieta przekonuje go, że „wszyscy jesteśmy ludźmi i powinniśmy żyć w przyjaźni”.
Adam Majchrzak, zastępca redaktora naczelnego w stowarzyszeniu Demagog, mówi DGP, że relacje twórców internetowych, którzy odmalowują Rosję w samych superlatywach, kojarzą mu się z „wioską potiomkinowską”, czyli oszustwem obliczonym na ukrycie prawdy. – Tworzą wrażenie, że w Rosji wszystko jest w porządku – podkreśla.
Jak zauważa, z materiałów twórców internetowych nie dowiemy się, że jest to kraj głębokich nierówności, bo przedstawiają one jedynie wąski wycinek rzeczywistości. – Pokazują realia bogatszych regionów i dużych miast, takich jak Moskwa czy Sankt Petersburg, których mieszkańcy żyją na wyższym poziomie niż ludzie w innych częściach kraju. Nie ma w tym nic zaskakującego. Ale z jakiegoś powodu ci youtuberzy, świadomie lub nie, robią z tego sensację – dodaje Majchrzak.
Rosja lubi Polskę
O ile u Wiernikowskiej temat wojny się przewija, o tyle w materiałach podróżników amatorów i influencerów jest nieobecny. Z kanału Kamila Cichockiego nie dowiemy się nawet, że działania zbrojne w ogóle trwają. Tłumacząc, dlaczego nie ma bezpośrednich lotów do Moskwy z Warszawy czy Krakowa, mówi jedynie, że wynika to z „wiadomej sytuacji”.
Julia, znana w sieci jako Polka w Moskwie, oprowadzając Kamila po stolicy, wyjaśnia widzom, że McDonald’s przeszedł w Rosji rebranding – stąd inne nazwa i logo. – Menu pozostało takie samo – zarzeka się kobieta. Nie wspomina, że amerykańska sieć fast food wycofała się z kraju po 24 lutego 2022 r. Lokale wykupił miejscowy miliarder i utworzył nową, niezależną od McDonald’sa sieć o nazwie Wkusno i toczka.
Julia na co dzień również działa w internecie, zwłaszcza na TikToku. Przekonuje tam, jak nowoczesnym krajem jest – według niej – Rosja (czego dowodem mają być m.in. gniazdka USB w autobusach) i jak bardzo Rosjanie lubią Polaków (spacerując po Moskwie, podkreśla, że nikt nie reaguje na to, że mówi po polsku). O jej życiu wiadomo niewiele. Jak opowiada w jednym z nagrań, przeprowadziła się tam ponad trzy lata temu, by zamieszkać ze swoim partnerem, a dziś mężem – poznanym w Turcji Rosjaninem Aleksandrem. Wcześniej przez kilka lat regularnie odwiedzała Moskwę. W żadnym ze swoich materiałów na TikToku nie porusza tematu wojny. Tłumaczy to tym, że jest „apolityczna”.
Podobnie jak założyciel kanału „W Matrioszce”, który jest jeszcze bardziej tajemniczy. Rudy mężczyzna w średnim wieku nie zdradza widzom nawet swojego imienia (podobnie jak Polka w Moskwie nie odpowiedział na prośbę DGP o komentarz). Z informacji, które udostępnia na swoim profilu, wynika jedynie, że jego historia jest podobna do historii Julii: przeprowadził się do rosyjskiej stolicy dla żony. Poznali się w Chinach – twierdzi, że oboje są sinologami. – W kontekście wydarzeń, które dzieją się na świecie, jest to pewne istotne tło, ale nie chciałbym się szczególnie do niego odwoływać ani poświęcać mu uwagi z kilku względów – mówi założyciel kanału „W Matrioszce”.
Filmy na YouTubie zaczął publikować w maju 2024 r. Tłumaczył, że znalazł się „na takim etapie życia, że pewne sprawy zawodowe stały się mniej ważne, a komunikacja, przyjaciele, rodzina stały się jeszcze ważniejsze niż kiedyś”. – Jestem na etapie komunikacji i zainteresowania wieloma aspektami życia, ponieważ uważam, że wszyscy ludzie są albo jednakowi, albo bardzo podobni – mówił widzom. W jego wypowiedziach chwilami lekko pobrzmiewa rosyjski akcent.
Na pasku Kremla
To niejedyna poszlaka sugerująca, że „W Matrioszce” może nie być niezależnym projektem. Kanał twórcy na Instagramie przypomina rosyjski katalog reklamowy. „Elektryczne tramwaje wodne obsługują trzy całoroczne trasy w ramach komunikacji miejskiej. Przy obecnych mrozach pełnią funkcję lodołamaczy – ich wzmocnione kadłuby są przystosowane do pokonywania cienkiej pokrywy lodowej. Dzięki automatycznemu pantografowi są szybko ładowane w czasie wsiadania i wysiadania pasażerów” – tak założyciel kanału relacjonuje swoją przejażdżkę elektrycznym tramwajem wodnym w Moskwie.
Eksperci nie mają wątpliwości, że niektórzy youtuberzy i tiktokerzy – szczególnie ci na stałe mieszkający w Rosji – współpracują z tamtejszymi służbami i ośrodkami propagandy. – Są osoby opłacane przez rosyjskie źródła, bardzo często nie w bezpośredni sposób, lecz np. przez instytucje kultury, które otrzymują fundusze z Rosji – mówi nam prof. Katarzyna Bąkowicz, ekspertka od dezinformacji z Uniwersytetu SWPS.
Podobne wątpliwości dotyczą Polki w Moskwie. – Przekaz, który forsuje, jest zgodny z linią propagandową Kremla – zauważa Majchrzak. I dodaje: – To, że ktoś jedzie do Rosji, swobodnie nagrywa i wypowiada się pod obiektami rządowymi, wzbudza podejrzenia. W przypadku niezależnych dziennikarzy, którzy krytykowaliby władzę, nie byłaby to taka prosta sprawa.
Potwierdzają to doświadczenia innych twórców internetowych i podróżników. Jesienią 2024 r. amerykański vloger Thomas Bird, znany na YouTubie jako Sabbatical Tommy, zwrócił na siebie uwagę rosyjskich organów ścigania, gdy znalazł się zbyt blisko granicy z Chinami. Sąd w Birobidżanie na Dalekim Wschodzie uznał go winnym dwóch wykroczeń: nieposłuszeństwa wobec policji i „dyskredytowania” rosyjskich sił zbrojnych poprzez użycie w opisie filmu na YouTubie słowa „inwazja” na określenie „specjalnej operacji wojskowej” w Ukrainie. Bird spędził dwa tygodnie w areszcie, mimo że opublikowane przez niego wideo pokazywało Rosję w korzystnym świetle – prezentowało warte odwiedzenia miejsca i życzliwych ludzi.
Jest też duża grupa ludzi, którzy nieświadomie uczestniczą w wybielaniu Rosji. To często osoby o ultrakonserwatywnych poglądach, które wierzą, że kraj Putina stoi na straży tradycyjnego modelu życia. Jedną z nich jest Amerykanin Joe Schutzman, który pod koniec 2023 r. wraz z rodziną przeniósł się do Moskwy. Jak wyjaśniał, zdecydował się na taki krok, bo był „sfrustrowany propagandą LGBT” w swoim kraju. Na YouTubie opowiadał, że Ameryka „porzuciła Boga” i „promuje dzieci z in vitro”, sugerując, że rosyjski konserwatyzm religijny oferuje atrakcyjną alternatywę dla zepsutej cywilizacji Zachodu. – Dopiero gdy tam pojechałem, zrozumiałem, że byłem zaprogramowany, aby myśleć, że Rosja to ponure i przygnębiające miejsce – mówił. – Okazało się, że to kompletna nieprawda – dodał. Również Schutzman nie porusza w swoich nagraniach tematu inwazji na Ukrainę.
Władze na Kremlu dostrzegły potencjał w ludziach, którzy w swoich ojczyznach widzą więcej zagrożeń niż w kraju agresorze, toczącym wojnę przeciwko sojusznikowi NATO. W sierpniu 2024 r. dekretem Putina wprowadzono specjalną wizę „anty-woke” dla obywateli m.in. państw Europy, USA, Australii i Japonii, którzy chcieliby się osiedlić w Rosji. Według oficjalnego komunikatu wiza ma na celu „udzielenie pomocy humanitarnej osobom, które podzielają tradycyjne rosyjskie wartości duchowe i moralne”. Zainteresowani nie muszą nawet wykazywać się znajomością języka rosyjskiego ani wiedzą o tym kraju. Wystarczy oświadczenie, że nie zgadzają się z polityką swojego państwa pochodzenia.
Nawet jeśli twórcy internetowi kreślący pozytywny obraz Rosji nie mają powiązań z władzami, to ich materiały w pewnym stopniu wypełniają lukę po propagandzie, którą przed wojną serwowały światu rosyjskie media – ze stacją telewizyjną RT (wcześniej Russia Today) na czele. Na początku marca 2022 r. Unia Europejska obłożyła RT sankcjami, uznawszy, że „odgrywa ona istotną rolę w podżeganiu do agresji militarnej przeciwko Ukrainie oraz w destabilizowaniu państw sąsiednich”. Prokremlowski kanał zablokowały też amerykańskie platformy streamingowe, zaś nadająca z Waszyngtonu RT America ogłosiła zakończenie działalności. RT i Sputnik (agencja informacyjna należąca do tej samej grupy) zniknęły również z Google’a, kontrolującego YouTube’a. We wrześniu 2024 r. Stany Zjednoczone objęły rosyjską telewizję kolejnymi sankcjami, a Meta, właściciel Facebooka i Instagrama, zablokowała profile holdingu. Próby omijania blokad poprzez tworzenie kopii kanałów były nieskuteczne – YouTube usuwał je w ciągu kilku godzin za naruszenie zasad platformy.
Zniechęcić do Unii i mediów
W ocenie Katarzyny Bąkowicz miękka propaganda jest „wyjątkowo perfidna, niezwykle skuteczna i bardzo trudna do wykrycia”. – To działanie z pogranicza – podkreśla ekspertka. W grę wchodzi tworzenie pozornie neutralnych materiałów, które mają budować upragniony przez nadawcę wizerunek. – Wielu się na to łapie, bo przekaz oddziałuje na nas psychologicznie. Jest nieagresywny, nie wzbudza wielkich emocji, trudno nam go zablokować – wyjaśnia. Kiedy człowiek napotyka informację, z którą się nie zgadza, odcina się od jej źródła, np. przestaje obserwować danego nadawcę. W przypadku neutralnych treści jest inaczej. Nawet jeśli odbiorca nie do końca się z nimi zgadza, to – wyjaśnia badaczka – dalej je śledzi, bo nie jest poirytowany na tyle, by je odlajkować.
Rozmówcy DGP uważają, że działania twórców internetowych mogą wpisywać się w operacje propagandowe, które szykują grunt na przyszłość. – Kiedy się spojrzy na cały ten ekosystem informacji, widać, że Rosja aktywnie dąży do tego, by sprawiać wrażenie, iż to ona jest atrakcyjna, a Unia Europejska, jej instytucje i media są złe – przekonuje wicenaczelny Demagoga.
Wspierana przez Kreml narracja coraz częściej spotyka się z przychylnym przyjęciem. W opublikowanym w grudniu 2025 r. badaniu United Surveys by IBRiS na zlecenie Wirtualnej Polski około jedna czwarta ankietowanych opowiedziała się za polexitem, prawie 66 proc. było przeciw. ©Ⓟ