Maurycy Mochnacki zmarł 20 grudnia 1834 r. Długo myślano, że przyczyną była gruźlica, częsta przypadłość emigrantów i konspiratorów. Jeszcze podczas II wojny światowej cierpiało na nią wiele osób związanych z podziemiem. Nie powinno to dziwić. Mycobacterium tuberculosis, czyli prątki gruźlicy, ze szczególną łatwością rozwijają się w organizmie cierpiącym z braku snu i niedożywionym. Ludzie, którzy podczas zaborów czy okupacji poświęcali się pracy w nielegalnych organizacjach, nie zawsze mieli czas i środki, aby zadbać o swoje zdrowie. Wiedząc, że choroba powoli ich zabija, nierzadko tym mocniej angażowali się w walkę o wolność. Bo co mieli do stracenia?
Polska według Mochnackiego
U Mochnackiego prawdopodobnie również zadziałał ten mechanizm, choć obecnie badacze przyjmują, że powodem zgonu był raczej wylew krwi do mózgu. Półtora roku wcześniej na gruźlicę zmarł jego brat, Kamil. Maurycy, który również chorował, mógł przeczuwać, że i jego czas nadejdzie niebawem. Intensyfikował więc swoje działania. Kiedy po klęsce powstania listopadowego znalazł się we Francji, nie złożył broni całkowicie. Jego orężem od lat było bowiem pióro. Zaczął publikować na łamach „Pamiętnika Emigracji Polskiej”, tworzył manifesty znane jako „Pisma auxerskie”, ale przede wszystkim wydał dwa tomy swojego opus vitae.
W „Powstaniu narodu polskiego w roku 1830 i 1831” nie tylko opisał sytuację w Królestwie Polskim przed nocą listopadową, jej przebieg i początek insurekcji, lecz także nakreślił panoramę polskich powstań, „tej najbardziej zajmującej części dziejów ogólnych narodu polskiego”, jak pisał. W szkicu ujął najważniejsze ich elementy, słabości, mocne strony, błędy popełniane przez kolejne pokolenia. Chciał zbudować kompletny obraz zrywów narodowo wyzwoleńczych, aby próbując zrozumieć ten fragment polskiej duszy, dać przyszłym pokoleniom instrukcję, jak zwyciężać mają.
„Starajmy się tylko poznać to, co się u nas działo w przeciągu przeszło pół wieku, a gdy nadejdzie pora nowych walk, nie znajdziemy się w potrzebie zakopywania broni naszej, jak pod Radoszycami, albo łamania jej za granicą, jak w ostatniej wojnie. Wtedy to zapewne ostatni akt naszego powstania odpowie jego początkom, a świat nie będzie powtarzał, że umiejący dobrze zaczynać, zwykle źle kończymy” – stwierdzał pełen nadziei.
Obraz pierwszy: opresja
Mochnacki świadomie budował własny wizerunek – w tym i wielu innych fragmentach. Silnie zaangażowany w wydarzenia otwierające historię powstania listopadowego, w tych kończących je odegrał rolę marginalną. Zależało mu na podkreśleniu, że początek ostatniego zrywu przeprowadzono jak należy, a dopiero potem wszystko się rozsypało. Ale poza tą autokreacją miał sporo racji. Tak jak wtedy, gdy pisał, że „pod łagodnym obcym panowaniem Polacy powstają, bo mogą, pod surowym, bo muszą”.
Tę prawdę sprzed blisko już 200 lat odnajdujemy dzisiaj w monumentalnym dziele Mirosława Maciorowskiego „Powstańcy. Marzyciele i realiści” – zbiorze wywiadów z badaczami polskich zrywów narodowowyzwoleńczych. Z wielu rozmów klarownie wynika, że insurekcje wybuchały, gdy wrzenie w społeczeństwie z różnych powodów przekraczało poziom pozwalający na rozładowanie go innymi metodami. Opowiadający o powstaniu listopadowym prof. Norbert Kasparek tłumaczy, że choć przyczyn rozpoczęcia walk było wiele, to łączy je jedno słowo: niezadowolenie – młodych polskich oficerów z braku możliwości uzyskania awansów, obywateli z łamania konstytucji przez cara Mikołaja I, z niedotrzymania przez Petersburg rzekomych obietnic oddania Królestwu Polskiemu tzw. ziem zabranych, z kryzysu gospodarczego czy narastającej atmosfery grozy.
O tej ostatniej, wiążącej się z poszukiwaniami przez tajną policję organizacji spiskowych, pisał w 1828 r. Mochnacki w broszurce „Głos obywatela z poznańskiego do senatu Królestwa Polskiego”. „Biada zwyciężonym! Otóż godło naszej dzisiejszej egzystencji. Na mowę są donosiciele, na myśli są więzienia, na pisma jest cenzura, jakiej nie bywało za czasów inkwizycji hiszpańskiej pod buławą Torquemady” – grzmiał. Przekonywał, że zaborcy próbują odebrać Polakom umiejętność i możliwość myślenia, mówienia i pisania, tak by nie tylko nie mogli opowiadać światu o doznawanych cierpieniach, lecz również żeby stracili zdolność pamiętania o nich.
Identyczne zarzuty wobec wroga będą się pojawiały przy powstaniach styczniowym i warszawskim. Lęk przed wynarodowieniem, przed przyzwyczajeniem się do życia pod batem, przed fizyczną zagładą stawał się wspólnym doświadczeniem kolejnych pokoleń, które musiały znaleźć drogę ujścia dla wzbierających w nich napięć. A jak przekonywał po II wojnie światowej znakomity psycholog, filozof i pedagog prof. Józef Pieter, nadmiar stresu wymaga rozładowania poprzez „odpowiednią formę i dozę gniewu, wściekłości, żądzy zemsty, nienawiści”.
W 1914 r. Walter Bradford Cannon, amerykański fizjolog i psycholog, po raz pierwszy opisał będącą odpowiedzią na stan zagrożenia życia reakcję „walcz albo uciekaj”. Gdyby przyłożyć ją do rozważań o zaborach i okupacjach, wtedy organizacje podziemne, akcje dywersyjne, sabotażowe czy też manifestacje publiczne będą „ucieczką”, próbą zapanowania nad rzeczywistością za pomocą metod względnie mało kosztownych. W tym układzie powstanie staje się „walką”, środkiem ostatecznym, sygnałem, że sięgający po nie, jeśli nie oficjalnie, to podświadomie widzi tylko dwie drogi – wolność albo śmierć.
Obraz drugi: bunt
Chęć odrzucenia nacisku wroga nie jest jedynym elementem mieszanki, która niczym w doświadczeniu chemicznym doprowadza do eksplozji. Równie dużą wagę ma bunt w rozumieniu Camusowskim: „buntuję się, więc jestem”. Odreagowywanie terroru, „zemsta, zemsta, zemsta na wroga/Z Bogiem – i choćby mimo Boga!” (jak pisał Adam Mickiewicz), a także podejście „wszystko albo nic” wymagają akceptacji tego, że znany nam świat może ulec zniszczeniu. W niezgodzie na cierpienie innych kluczową rolę gra natomiast walka o lepszy świat, a więc także o przetrwanie – jeśli nie jednostki, to jakiejś zbiorowości. W tym układzie troska o innych równoważy zemstę. To dzięki niej powstania nie są z założenia synonimem samobójstwa.
Ta myśl towarzyszyła insurekcjom od końca XVIII w., czyli od kiedy w Europie zaczęło rosnąć znaczenie pojęć „naród” i „społeczeństwo”, a zaczęła spadać potęga (niektórych) monarchii. Ludzie powoli (i nie wszyscy naraz) zaczęli dostrzegać, że niezależnie od tego, czy są szlachcicami, mieszczanami czy chłopami, są tak samo odpowiedzialni za los ojczyzny oraz współobywateli.
Pierwszym tego przykładem był Uniwersał połaniecki z 7 maja 1794 r., ogłoszony przez Tadeusza Kościuszkę w obozie wojskowym pod miastem Połaniec. W dokumencie tym głoszono przede wszystkim potrzebę znaczącej poprawy położenia chłopów. Chciano to osiągnąć poprzez m.in. zmniejszenie pańszczyzny o połowę dla każdego i w całości dla tych, którzy przyłączyli się do insurekcji, ale też dając chłopom ograniczone prawo do walki o swoje w sądach. Okazało się za wcześnie na pełną realizację tych założeń. Szlachta w obawie przed utratą siły roboczej w majątkach w większości nie zgadzała się na realizację tych punktów.
Kolejne dekady pokazały, że przywódcy powstań świadomie łączyli wezwania do walki o wolność z postulatami społecznymi. Adam Mickiewicz, tworząc w Rzymie w marcu 1848 r. legion, który miał pomaszerować w stronę ziem polskich i tam wszcząć rewolucję, wraz ze współpracownikami ogłosił plany zrównania w prawach wszystkich obywateli (niezależnie od stanu, płci i wyznania), a także pełną ochronę prawną. Piętnaście lat później manifest Komitetu Centralnego Narodowego, wydany w dniu wybuchu powstania styczniowego, informował o zniesieniu pańszczyzny i uwłaszczeniu chłopów. Gdy zaś w sierpniu 1944 r. Warszawa biła się z Niemcami, władze Polskiego Państwa Podziemnego ogłosiły odezwę „Do narodu polskiego”. Zgodnie z nią Polska powojenna miała uchwalić nową konstytucję, zgodną z wolą ludu, przeprowadzić parcelację majątków ziemskich powyżej 50 ha, uspołecznić dużą część przemysłu, zapewnić powszechny dostęp do edukacji i kultury.
Obraz trzeci: rewolucja
Polskie powstania miały w sobie dużo z rewolucji. Nie wszystkie i zazwyczaj przez krótki czas, ale w XIX w. był to ich na tyle charakterystyczny element, że Polacy zyskali sobie na kontynencie miano rewolucjonistów, o czym w swojej pracy „The Insurgent Barricade” pisze amerykański historyk Mark Traugott. Najmocniej na ugruntowanie tej ich pozycji wpłynęło powstanie listopadowe, będąca jego następstwem emigracja, a w końcu udział w Wiośnie Ludów w niemal całej Europie w latach 1848–1849.
Gdyby nie ten rewolucyjny pierwiastek, zrywy mogłyby upaść zdecydowanie szybciej. Kiedy w noc listopadową podchorążowie szli od strony Belwederu pod Arsenał, mieli nadzieję, że ludność Warszawy się do nich przyłączy. „Szybko jednak okazało się, że źle ocenili swoje siły. Byli przekonani, że całe społeczeństwo myśli tak jak oni, ale tak nie było. Odpowiedzią na młodych ludzi idących w nocy z 29 na 30 listopada przez Warszawę i krzyczących: «Do broni!» był trzask zamykanych okiennic” – tłumaczy Kasparek w rozmowie z Maciorowskim. W końcu jednak nastąpił przełom. Kazimierz Lewandowski, wówczas zaledwie 20-letni student, wspominał po latach: „Wyszedłszy na ulicę, co za nowy widok, już kilka domów otwartych, w bardzo wielu widać światło i wnet wybiegają ochotnicy zewsząd wołając: «Czekajcie, panowie, czekajcie! My idziemy z wami». (…) Trzeba było widzieć o godzinie 9 i 10 [wieczorem], ile to już tysięcy ludu było pod bronią i jakim entuzjazmem te tłumy były przejęte! Widziałem nawet kobiety z karabinami w szeregach”.
Nie wiadomo, co by się stało, gdyby ludność Warszawy tamtej nocy nie wsparła spiskowców. Takich wątpliwości nie mamy, jeśli chodzi o wydarzenia z sierpnia 1944 r. Szturm oddziałów powstańczych w godzinie „W” się nie powiódł. Wobec braku perspektyw na osiągnięcie swoich celów część jednostek wycofała się z miasta. Ale i te, które w nim zostały, nie mogły pochwalić się znaczącymi osiągnięciami. I wtedy na scenie znowu, jak 114 lat wcześniej, pojawił się „lud starej Warszawy [który] zesypuje na stos własną ofiarę. Rzuca belki i cegły, dodaje rumowiska do otwartych beczek, odgradza się od niemczyzny zaporą. Barykadami kraje miasto na części, wycina nimi ulice wolne od władania gestapo. Oszołomiony, pijany nadzieją wolności szafuje krwią chłopców i dziewcząt, biegnących już w poprzek czołgów z noszami”, opowiadał po latach w książce „Z barykady w dolinę głodu” pisarz i poeta Michał Rusinek.
W obu zrywach ten poryw serc ulicy został szybko wykorzystany przez specjalistów od propagandy. W pierwszych dniach sierpnia 1944 r. zarówno w prasie, jak i w rozkazach dowództwa pełno było zachęt do dołączania do powstania. Niekoniecznie poprzez zaciąganie się do wojska, ale wspieranie go w budowie barykad, zakładaniu kuchni polowych, informowaniu o położeniu sił wroga. „Cała Warszawa przepojona jest w tak wielkim stopniu atmosferą wzajemnej, prostej, ludzkiej dobroci, iż nieodparcie odnosi się wrażenie: Jesteśmy wszyscy jednej krwi, jesteśmy rodziną, jesteśmy jednym zjednoczonym narodem” – pisał autor artykułu „Cudowne miasto” opublikowanego 3 sierpnia w „Biuletynie Informacyjnym”.
W podobne tony wiek wcześniej uderzał Maurycy Mochnacki. 1 grudnia 1830 r. w odezwie do warszawiaków wołał: „Ziomkowie i bracia! Walczmy dla wolności osób i szczupłych majątków naszych! Walczmy dla wolności myśli naszych! Walczmy dla zachowania moralnego charakteru naszego, który spodlić i zepsuć chciano! (…) Walczmy nareszcie dla wspierania i utrzymywania tego wojska naszego, które tak piękny przykład nam daje”.
Obraz czwarty: błędy
Dokarmianie powstańców, leczenie rannych, ukrywanie ich przed wrogiem – to sceny znane z niemal każdego zrywu. I choć malują one romantyczny obraz społeczeństwa, które w trudnych chwilach potrafi być jednością, w rzeczywistości często wyrastają z nieprzygotowania do walki. Brak możliwości zorganizowania się w warunkach zaborów czy okupacji sprawiał, że siły powstańcze w niemałym stopniu zdawały się na improwizację. Dowódcy (a na pewno wielu z nich) nie mieli odpowiedniego doświadczenia. Oddziałom często brakowało podstawowych umiejętności. Nie było konkretnego wsparcia z zagranicy. Nie zawsze prawidłowo działały tak podstawowe dla wojska elementy jak zaopatrzenie, zaplecze medyczne czy łączność. Normą był brak broni.
Powstanie listopadowe na tle innych zrywów nie wyglądało źle. Regularne oddziały armii Królestwa Polskiego wiedziały, jak się poruszać w trakcie bitwy, wielu dowódców miało za sobą doświadczenie wojen napoleońskich. A i tak nie wszystko zadziałało, jak należy. Jeden z pierwszych problemów narodził się już w noc listopadową, kiedy ludność Warszawy zabrała z Arsenału karabiny. „Władze powstańcze bezskutecznie wzywały do jej oddania. Później bardzo tych karabinów brakowało” – tłumaczy Kasparek.
Nie to jednak było według niego największym problemem Polaków w listopadowej insurekcji, lecz kłopot ze znalezieniem odpowiedniego wodza naczelnego. To kolejna cecha wspólna zrywów – często brakowało człowieka, który od początku miałby dobry plan i jeszcze umiałby go zrealizować. W latach 1830 i 1831 kolejni wodzowie naczelni szukali drogi porozumienia z Rosjanami. Chcieli ocalić Królestwo Polskie w kształcie, do którego się przyzwyczaili. A jak tłumaczy Norbert Kasparek, „jeśli ktoś podejmuje walkę i z góry zakłada, że jej skutkiem ma być jedynie kompromis, nie ma szans na zwycięstwo. Być może, gdyby na czele powstania pojawił się ktoś, kogo celem rzeczywiście byłoby wywalczenie niepodległości, nie zakończyłoby się ono klęską”.
Obraz piąty: tradycja
W wywiadach przeprowadzonych przez Mirosława Maciorowskiego jedno jeszcze zwraca uwagę – tradycja. Niezależnie od tego, czy powstanie było udane (rzadko), było klęską (często) czy wręcz narodową tragedią (najczęściej), pozostawał po nim zestaw symboli, do których mogły odwoływać się kolejne pokolenia do połowy XX w. regularnie zmuszone do powrotów do koncepcji insurekcji jako sposobu na walkę o wolność.
Kolejne próby nie przynosiły jednak żadnych zysków, za to wzbogacały narodowe imaginarium o postaci i wydarzenia, które do dzisiaj stanowią istotny element naszej kultury. Jak mówi opowiadający o insurekcji kościuszkowskiej prof. Richard Butterwick, powstania „stawały się inspiracją dla kolejnych powstań. Dlatego twierdzę, że były nieuniknione. Bez nich polskość też by jakaś była, ale zupełnie inna. Nie wiem jaka, ale czy na pewno lepsza?”.
Tadeusz Kościuszko, Racławice, kosynierzy, noc listopadowa, podchorążowie, Józef Sowiński, branka, Romuald Traugutt, wywózki na Sybir, barykady, godzina „W”… To do dzisiaj osie naszych opowieści o przeszłości. Element kodu kulturowego, od którego się nie uwolnimy. Na szczęście. Nie byłoby dobrze, gdybyśmy przestali rozmawiać o powstaniach, bo to nie tylko romantyczne opowieści, nie tylko obrazy śmierci, lecz także przekonanie, że w najczarniejszych nawet chwilach możliwa jest nadzieja. To również wynikające z nich nauki – o potrzebie dobrego przygotowania, o tym, że tylko współpracą można cokolwiek osiągnąć, a także, że choć słodko i zaszczytnie jest umierać dla ojczyzny, to lepiej dla niej żyć i budować ją silną i bezpieczną. ©Ⓟ