Towarzyszą temu wzajemne oskarżenia rządów, ekonomistów, ekspertów od rynków finansowych czy specjalistów od systemów emerytalnych. Największy kłopot ma obecny podatnik, a przyszły emeryt, który przygląda się proponowanym zmianom i często nic nie rozumie. Tym bardziej że argumenty obu stron odnoszą się do innych sfer.

Zmiany, które mogą uszczuplać przyszłe emerytury, mogą być korzystne z punktu widzenia podatnika. Z kolei chęć utrzymania systemów emerytalnych w obecnym kształcie może oznaczać konieczność podwyżki podatków, co nie sprzyja wzrostowi gospodarczemu, więc w konsekwencji także wysokości przyszłych emerytur.

Mamy więc coś w rodzaju węzła gordyjskiego, ale Aleksandra Macedońskiego na horyzoncie nie widać. Rząd, jeśli nie chce, by emeryt i podatnik stali ogłupieli, musi dowieść nie tylko, że proponowane zmiany mają sens, ale także, że inne opcje są gorsze lub bardziej kosztowne. Powinien także przekonać, że wdrażane rozwiązania są sprawiedliwe, to znaczy w miarę możliwości równo obciążają wszystkich uczestników systemu. W przeciwieństwie do lat 90., gdy reformy były wdrażane w blasku reflektorów, dzisiejsze zmiany można porównać do wizyty u dentysty. Nie ma się czym chwalić, będzie bolało i jeszcze trzeba za to zapłacić. Ważne tylko, by stomatolog okazał się fachowcem i nie trzeba było poprawiać.