Podczas prac w europarlamencie złagodzono propozycję uregulowania rozliczeń między przedsiębiorcami. Jednak wciąż słychać głosy, że narzucenie sztywnych terminów płatności zamiast pomóc – zaszkodzi.

Wczoraj w Parlamencie Europejskim na posiedzeniu Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów (IMCO) przegłosowano nową wersję projektu rozporządzenia dotyczącego zwalczania opóźnień w płatnościach w transakcjach handlowych. Uzgodniona propozycja regulacji jest bardziej liberalna niż ta zaproponowana początkowo przez europosłankę Polski 2050 Różę Thun und Hohenstein, która odpowiada za prace nad projektem rozporządzenia.

Większa elastyczność

W pierwotnej wersji projektu znalazł się sztywny 30-dniowy termin na uregulowanie płatności między przedsiębiorcami. Miało to pomóc przede wszystkim małym i średnim przedsiębiorcom, którzy od lat skarżą się na wielotygodniowe opóźnienia w płatnościach na ich rzecz ze strony większych kontrahentów. Przeciwko takiemu rozwiązaniu protestowali zarówno sami przedsiębiorcy, wskazując na zbyt głęboką ingerencję unijnego prawodawcy w swobodę zawierania umów, jak i rządy większości europejskich państw. Polska była jedynym krajem, który całkowicie popierał restrykcyjne normy, mimo że znacząco wykraczają one poza unormowania wynikające z naszej krajowej ustawy o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach płatniczych (tj. Dz.U. z 2023 r. poz. 1790).

Wobec tak wielu zastrzeżeń co do pierwotnej wersji projektu rozporządzenia członkowie IMCO zagłosowali za kompromisowym rozwiązaniem. Oznacza ono utrzymanie 30-dniowego terminu na uregulowanie płatności, ale z pewnymi wyjątkami. Po pierwsze, termin zapłaty będzie mógł być wydłużony do maksymalnie 60 dni w przypadku zgody obu stron. Po drugie, w przypadku produktów sezonowych, np. sprzętu narciarskiego albo towarów wolno schodzących, takich jak biżuteria, książki oraz zabawki, termin będzie mógł być wydłużony do maksymalnie 120 dni. Co istotne, w projekcie rozporządzenia nie znalazły się żadne informacje wskazujące na to, co należy rozumieć jako produkty sezonowe albo wolno schodzące. Wytyczne w tym zakresie ma wydać w przyszłości Komisja Europejska.

Swoboda umów

– Ustalenie sztywnego, nieprzekraczalnego terminu do 60 lub 120 dni w przypadku produktów wolnorotujących i sezonowych to wciąż ingerencja w swobodę umów między dwoma profesjonalnymi podmiotami. Polskie prawo przewiduje, że strony mogą umówić się na dowolny termin, jeśli nie szkodzi to żadnej z nich – ocenia wczorajszą decyzję Karol Stec z Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD).

Według niego obowiązujące w Polsce regulacje doskonale się sprawdzają, o czym świadczą liczne działania prezesa UOKiK podejmowane ich na podstawie. Natomiast UE, zdaniem naszego rozmówcy, proponuje nadmierne regulacje, choć łagodniejsze od pierwotnie planowanego wprowadzenia jednego sztywnego terminu płatności 30 dni na wszystkie transakcje między firmami.

Dziś polskie prawo pozwala na to, by przedsiębiorcy mogli umówić się na dowolny termin dłuższy niż 60 dni po spełnieniu dwóch warunków. Pierwszy z nich to porównywalna wielkość przedsiębiorców zawierających taką umowę, natomiast drugi to brak rażącej nieuczciwości wobec wierzyciela.

Nowoczesne technologie

Od samego początku pomysł uregulowania kwestii zatorów płatniczych na poziomie całej UE budził wątpliwości ekspertów. Obawiano się zwłaszcza zbyt głębokiej ingerencji w swobodę zawierania umów między producentami, dystrybutorami a handlowcami. Wskazywano również, że w wielu przypadkach 60, a nawet 90 dni to najkrótszy okres konieczny do sprzedania produktu, a zatem także możliwości zapłaty za niego dystrybutorowi.

Patrycja Hanasiuk, specjalistka departamentu rynku finansowego i prawa korporacyjnego z Konfederacji Lewiatan, w rozmowie z DGP zwraca uwagę na szczególną specyfikę warunków handlowych współpracy dostawców z sieciami handlowymi np. sprzedającymi elektronikę. Często to same sieci handlowe angażują własny kapitał finansowy w celu zapewnienia klientom dostępności konkretnych produktów. Zatem z uwagi na ponoszone przez sklepy ryzyko termin na zapłatę za sprzęt jego dystrybutorowi wynosi zazwyczaj ok. trzech miesięcy.

– Jakakolwiek odgórna ingerencja w obowiązujące zasady, nieuwzględniająca specyfiki branży i niepozwalająca na jakąkolwiek elastyczność w tym zakresie, może stanowić istotne zagrożenie dla funkcjonujących mechanizmów rynkowych. Czarny scenariusz to podniesienie cen sprzedaży dla konsumentów albo częściowa rezygnacja z oferowania nowatorskich towarów przez sklepy – tłumaczy Patrycja Hanasiuk.

Próba wprowadzenia restrykcyjnych regulacji w zakresie rozliczeń między przedsiębiorcami napotkała opór również ze strony dystrybutorów. Karol Stec zwraca uwagę, że dziś tzw. produkty wolno rotujące, np. meble, sprzęty RTV i AGD oraz buty, są kupowane z dłuższym terminem płatności, tzn. przynajmniej 60 dni. Dodatkowo kupuje się je na zapas i od kilku producentów, aby klient mógł dokonać wyboru spośród różnych modeli, np. pralek albo telewizorów. Zdaniem naszego rozmówcy krótsze terminy rozliczania płatności spowodują, że sklepy będą koncentrowały się na sprzedaży wyłącznie sprawdzonych modeli, o których wiadomo, że szybko znikną z półek. Stracą na tym zarówno producenci, handlowcy, dystrybutorzy, jak i klienci.

– Nikt nie chce przecież płacić za towar, który się nie sprzeda. W praktyce będzie to oznaczać rezygnowanie ze sprowadzania na sklepowe półki nowości technologicznych i produktów innowacyjnych. Dodatkowo sprzedawcy mocno ograniczą wybór oferowanych towarów – mówi Karol Stec.

POHiD postulowała, by pozostać przy obecnym rozwiązaniu wynikającym z ustawy o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach płatniczych (tj. Dz.U. z 2023 r. poz. 1790).

– Istnieje też ryzyko, że normy dotyczące terminów rozliczeń będą odnosiły się wyłącznie do europejskich dystrybutorów. Może to wiązać się z napływem sprzętu z państw spoza UE, których nowe regulacje nie będą obowiązywać – ostrzega Karol Stec.©℗

Handel najbardziej zadłużoną branżą w Polsce / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe