Ważą się losy opłaty sieciowej, w ramach której największe platformy internetowe miałyby się dokładać do kosztów budowy i utrzymania infrastruktury telekomunikacyjnej.

O wprowadzenie nowego mechanizmu finansowania inwestycji w infrastrukturę zabiegają operatorzy, wskazując, że podczas gdy oni coraz więcej wydają na rozwój sieci – to big techy najwięcej zarabiają na transferze danych w internecie. Komisja Europejska właśnie zakończyła prowadzone od lutego konsultacje w tej sprawie. Z podsumowania wynika, że gdyby opłata, określana też jako „fair contribution” (godziwy wkład), została wprowadzona, to głównymi płatnikami powinny być serwisy generujące największy ruch (LTG). To światowi giganci tacy jak Netflix, Facebook i Google.

Natomiast beneficjentami byłyby telekomy w UE – w tym również w Polsce.

– Obecnie nie jest możliwe narzucenie platformom internetowym mechanizmu ponoszenia opłat na budowę i utrzymanie sieci telekomunikacyjnych. Musiałyby go wprowadzić odpowiednie regulacje prawne przyjęte w UE, najlepiej w formie dyrektyw – stwierdza prof. dr hab. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego i partner w kancelarii prawnej Rogalski i Wspólnicy. – Z pewnością łatwo byłoby znaleźć argumenty przemawiające za ponoszeniem takich kosztów przez tych, którzy z niej korzystają. Platformy cyfrowe stworzyły bardzo korzystny dla siebie model biznesowy, w którym te koszty ich nie obciążają – dodaje.

Jakub Woźny, partner z kancelarii prawnej Media, radca prawny specjalizujący się w prawie komunikacji elektronicznej, podkreśla, że z prawnego punktu widzenia wprowadzenie opłaty jest możliwe, choć szczegóły zależą od przyjętego modelu.

– Dotychczas rozważano m.in. daninę publiczną, którą będą obciążane platformy, a zebrane środki zostaną przeznaczone na dofinansowanie inwestycji w infrastrukturę telekomunikacyjną. To jest jak najbardziej wykonalne, nie byłoby też problemem ustanowienie odpowiednich kryteriów dla podmiotów objętych opłatą – mówi Jakub Woźny.

Inny model to bezpośrednie płatności od największych platform dla operatorów. – Mogłyby to być np. rozliczenia za ruch w tranzycie (tzn. między siecią dużego operatora a platformą) albo za ruch wymieniany z daną platformą, na poziomie sieci bliższym indywidualnym abonentom. Pierwsze rozwiązanie promowałoby największe firmy telekomunikacyjne, drugie uwzględniałoby w szerszym zakresie interesy mniejszych podmiotów – wyjaśnia Jakub Woźny.

Profesor Rogalski dodaje, że można też wykorzystać doświadczenia branży. – Od dawna funkcjonuje model dostępu do infrastruktury telekomunikacyjnej innego operatora, który opiera się na dobrowolnym ustalaniu stawek opłat za taki dostęp, a w razie braku ich ustalenia, na rozstrzygającej w tym zakresie decyzji regulatora, która podlega jeszcze zaskarżeniu do sądu – przytacza.

Drugi model był związany z koniecznością zapewnienia wszystkim obywatelom podstawowego pakietu usług telekomunikacyjnych (usługi powszechnej), co nie zawsze było korzystne biznesowo. – Aby pokryć straty z tym związane, stworzono tzw. fundusz usługi powszechnej, na który składali się w określonym procencie operatorzy powyżej określonego rocznego przychodu – stwierdza Maciej Rogalski.

Teraz podobny fundusz mogłyby zasilać platformy cyfrowe. Maciej Rogalski zastrzega jednak, że doświadczenia z funduszem usługi powszechnej, przynajmniej w Polsce, nie były najlepsze – na środki trzeba było czekać nawet klika lat.

Tajemnicze DNA

Sceptyczne wobec opłaty sieciowej są nie tylko big techy, lecz także organizacje reprezentujące mniejszych graczy cyfrowych i konsumentów, obawiające się wzrostu cen subskrypcji, gdyby platformy miały ponosić dodatkowe koszty.

– Opłata sieciowa byłaby błędna i niesprawiedliwa, i to na kilku poziomach – mówi Jakub Bińkowski, członek zarządu i dyrektor departamentu prawa i legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP). – Sprawiłaby, że telekomy otrzymywałyby podwójne wynagrodzenie za tę samą infrastrukturę. Naruszyłaby też zasadę net neutrality (neutralności sieci – red.). Samo założenie, że platformy miałyby łożyć na utrzymanie sieci, było nieuzasadnione i niepoparte żadnymi konkretnymi argumentami – wylicza.

Na razie Bruksela nie podjęła żadnych konkretnych kroków. Jedynie komisarz do spraw rynku wewnętrznego Thierry Breton zapowiedział „przełomową” regulację sektora telekomunikacyjnego – akt o sieciach cyfrowych (Digital Networks Act – DNA). Przyklasnęło temu zrzeszenie europejskich telekomów ETNO, do którego należą m.in. Orange Polska i Deutsche Telekom (właściciel T-Mobile), stwierdzając, że „z niecierpliwością” czeka, aż KE załatwi sprawę godziwego wkładu LTG w sieci.

Na razie jednak niewiele o DNA wiadomo. W kwestii opłaty Breton stwierdził enigmatycznie, że niektórzy próbują sprowadzić kwestię inwestycji telekomunikacyjnych do tego problemu, ale „stawka jest dużo wyższa”.

– Zakładamy, że w rezultacie konsultacji zrezygnowano z tego pomysłu. Przyjmujemy to z zadowoleniem – komentuje Jakub Bińkowski.

UE w tyle

Na to, że KE nie podjęła działań na rzecz opłaty sieciowej, mogły wpłynąć opinie zgłoszone w konsultacjach i to, że do końca kadencji pozostał jej już tylko rok. – Niewątpliwie musi więc priorytetyzować swoje zadania. Z kolei pewnie łatwiej byłoby tej sprawie nadać wysoki priorytet, gdyby nie była tak kontrowersyjna – uważa Jakub Bińkowski.

Doktor Roslyn Layton, wiceprezeska Strand Consult, duńskiej firmy doradczej specjalizującej się w telekomunikacji, wskazuje, że inne państwa wyprzedzają UE w egzekwowaniu godziwego wkładu. – Najbardziej zaawansowana jest Korea Południowa. Stany Zjednoczone mają w Kongresie ponadpartyjny projekt ustawy, a w Brazylii i Indiach toczą się już postępowania przed organem ds. telekomunikacji – wylicza ekspertka. Dodaje, że na inwestycje w sieci brakuje w Europie co najmniej 200 mld euro, a ok. 50 mln Europejczyków nie ma dostępu do internetu na dobrym poziomie. – W ciągu najbliższych dwóch, trzech lat sytuacja będzie się tylko pogarszać – ostrzega Roslyn Layton.©℗

Negocjacje z największymi / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe