Z doniesień Wirtualnej Polski wynika, że każdy serwis społecznościowy, posiadający w Polsce co najmniej milion zarejestrowanych użytkowników, będzie musiał reagować na zgłoszenia hejtu wobec lekarzy, a także kasować nieprawdziwe informacje dotyczące COVID-19. Jeśli tego nie zrobi, to będzie mu grozić kara do miliona złotych, przy czym zgłoszeń tych mogliby dokonywać tylko uprawnieni użytkownicy, co najmniej ze stopniem doktora nauk medycznych.
Intencje są oczywiście jak najbardziej słuszne. Medycy rzeczywiście są atakowani w wyjątkowo chamski sposób przez antyszczepionkowców, na porządku dziennym są groźby, łącznie z nawoływaniem do mordów. Czy jednak przerzucenie odpowiedzialności za to na serwisy społecznościowe rozwiąże problem? Mam co do tego duże wątpliwości.
Zacznijmy od tego, że autorzy gróźb kierowanych wobec lekarzy przede wszystkim powinni być ścigani, stawiani przed sądami i karani. Trzeba walczyć z nimi tak samo, jak się leczy choroby – likwidując przyczyny, a nie skutki. Tym bardziej, że sami lekarze przyznają, iż groźby przychodzą do nich na skrzynki e-mail, wysyłane są też SMS-y. Co z tego, że serwisy skasują ileś tam wiadomości? Trzeba zlokalizować ich autorów, by za chwilę nie przeszli od słów do czynów. A to już zadanie dla policji i prokuratury. Dlatego słusznym krokiem było wysłanie do prokuratur wytycznych, aby zgłaszane do nich przypadki hejtu ścigać z urzędu, nie zaś na wniosek samych pokrzywdzonych.
Przyznam też, że nie bardzo rozumiem, dlaczego prawo ma chronić wyłącznie medyków. Niedawno właściciel jednej z warszawskich restauracji ogłosił, że będzie do niej wpuszczał tylko osoby zaszczepione, ozdrowieńców i tych, którzy przedstawią negatywny test na COVID-19. Antyszczepionkowcy nie tylko zorganizowali protest przed lokalem, ale też uruchomili falę hejtu w sieci. Dlaczego ten skierowany przeciwko lekarzom miałby być obligatoryjnie kasowany, a ten przeciwko wspomnianemu restauratorowi już nie? Nie wiem.
Jeszcze bardziej ostrożny byłbym z tworzeniem przepisów nakazujących kasowanie fake newsów na temat COVID-19. I znów – sama idea jest jak najbardziej słuszna. Krew mnie zalewa, gdy czytam kolejne wpisy, że nie ma żadnej pandemii, że lekarze celowo wpisują do aktów zgonu COVID-19, bo dostają za to dodatkowe pieniądze, albo że w rodzinie zmarło kolejne dziecko po zaszczepieniu. Pamiętam jednak również, jak na początku pandemii WHO nie rekomendowało noszenia maseczek przez ludzi zdrowych, co prawdopodobnie wynikało z ich niedoborów i obawy, że nie starczy ich dla służb medycznych. Dziś ta sama WHO zaleca noszenie maseczek nawet przez ludzi zaszczepionych. Co było fake newsem? Kto miałby o tym decydować?
Inny przykład – Ministerstwo Zdrowia przez długi czas podawało, że ponad 99 proc. zgonów z powodu koronawirusa to ludzie niezaszczepieni. I mówiło prawdę, bo liczyło od momentu, gdy zaczęto podawać szczepionkę. Teraz jednak okazuje się, że w konkretnym dniu czy tygodniu od kilkunastu do nawet 20 proc. śmiertelnych przypadków stanowią osoby zaszczepione. I jedna, i druga informacja jest prawdziwa. Czy którąś z nich portale powinny usuwać?
Na koniec dygresja bardziej ogólna – coś chyba szwankuje w rządowej komunikacji. Bo jak inaczej tłumaczyć to, że niedługo po przedstawieniu projektu regulacji, jaka ma objąć serwisy społecznościowe, osobną propozycję zgłasza Janusz Cieszyński, były wiceminister zdrowia, a obecnie pełnomocnik rządu do spraw cyberbezpieczeństwa? Co prawda później zastrzega, że jego pomysł ma stać się częścią projektu resortu sprawiedliwości, ale na pierwszy rzut oka widać zasadnicze różnice. Ewentualne spory dotyczące hejtu na lekarzy miałby rozpoznawać Urząd Komunikacji Elektronicznej, a zgodnie z projektem MS ma się tym zajmować Rada Wolności Słowa. Różnice są też w zapowiadanych karach – jedna z propozycji mówi o milionie złotych, druga już o 50 mln zł.