statystyki

Wywlekanie ciał, czyli o polityce robionej na grobach i trumnach

autor: Jakub Dymek12.11.2016, 19:30; Aktualizacja: 13.11.2016, 19:32
Zmarłe ciała zawsze grały rolę w polityce.

Zmarłe ciała zawsze grały rolę w polityce.źródło: stock.xchng

Zmarłe ciała zawsze grały rolę w polityce. Wyciągano je na ogląd publiczny, by zbezcześcić (jak wieszano na latarniach dyktatorów i funkcjonariuszy obalanych reżimów); chowano w odkrytych trumnach i stawiano mauzolea, by czcić (jak przywódców, których z różnych powodów chciano unieśmiertelnić). Kremowano, by zapomnieć lub stawiono grobowce i monumenty, by nie zapomnieć nigdy. Od starożytności do dziś jednak, gdy myślenie rytualne i świeckie idą coraz bardziej osobno, a gdy pamięć o zbrodniach lub katastrofach nabiera mniej pokazowego, dosłownego, ludycznego charakteru – coś się powinno zmienić. Nie potrzebujemy zmarłego ciała tak często tykać, tak otwarcie wywlekać, tak wyraziście pokazywać, by pochylić się nad zmarłym lub by spróbować zrozumieć. W teorii, w życzeniowym nieco być może spojrzeniu na współczesne społeczeństwa jako dojrzałe na ten przynajmniej sposób, że rozumieją racje rytuału i prawa do prywatności, sacrum i świeckiego decorum, a także odróżniają je od nekrofilskiej zemsty i pornograficznej przyjemności oglądania trupa.

Nigdy jednak do końca nie pozbyliśmy się zmarłych ciał. Nawet jeśli – co wcale nie jest przesądzone – wiara w naukowy ogląd świata, w analizę i ustalanie faktów zastąpi mit i kult, zmarłym wcale nie musi gwarantować to spokoju. Jeśli w zmarłym ciele znajduje się nie świętość, lecz wiedza – nie ma gwarancji, że otwieranie trumien i wywlekanie zmarłych przestanie kusić. Z każdego powodu. Dopóki będą użyteczne.

Hamulcem byłaby zgoda między racjami wiary i racjami świeckich norm publicznych – zazwyczaj ze sobą w naszej kulturze zgodnymi w tej sprawie – że zmarłym spokój się należy, że niesłychanie rzadko ciała przynależą całym wspólnotom, a nie rodzinom i bliskim, więc można je potraktować jako obiekt publiczny. Gwarancją skuteczności takich hamulców byłoby posiadanie wspólnych wartości i kultury właśnie. Dziś jednak odrębne kultury polityczne i niedające się pogodzić języki rozszarpały nawet najtrwalsze konsensusy. Zmarłych znów można wyjąć z grobów, rozwlec szczątki, bo się opłaca, bo kusi, bo jakaś wyższa emocjonalna czy egoistyczna potrzeba każe.

Nośnik prawdy

W Muzeum Historii Bośni i Hercegowiny nietrudno znaleźć wystawę o Srebrenicy. To znaczy, nie żadną konkretną wystawę – jedna ekspozycja o masakrze zazębia się z drugą. W tym roku byłem w sarajewskim muzeum w takim właśnie momencie; kiedy aktualna ekspozycja o Srebrenicy według kalendarza miała być zdemontowana i zakończona. Jednak w sali, w której wystawy miało nie być, była. Pracownicy odłączyli od gniazdka elektrycznego stojący w sali telewizor z magnetowidem i zostawili ciągnące się po ziemi kable. Zostawiono kilkanaście pustych krzeseł do oglądania nieistniejącej już projekcji. Zostawiono przede wszystkim jednak treść wystawy: zdjęcia niezliczonych martwych ciał.

Wystawa pokazywała zbiór fotografii wykonanych do celów dokumentacji zbrodni z lipca 1995 r. Wtedy Serbowie w zbiorowych egzekucjach bośniackich muzułmanów, którzy znajdowali się w strefie konfliktu lub próbowali z niej uciec, zabili blisko osiem tysięcy. Wśród ofiar przeważali mężczyźni i chłopcy, których wyłapywano nawet z konwojów autobusowych zmierzających na tereny poza serbską kontrolą. Ludobójstwo to zostało uznane przez międzynarodowe organizacje za największą zbrodnię wojenną w Europie po II wojnie światowej. Na przełomie roku 1999 i 2000 fotograf Tim Loveless wykonał tysiące zdjęć ekshumowanych ciał, które stanowiły ważną część materiału dowodowego przedstawionego przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej Jugosławii. To właśnie te zdjęcia – martwych od lat i często bezimiennie pochowanych – ciał pokazywało latem, piętnaście lat po rozpoczęciu obrad trybunału, bośniackie muzeum.

Funkcja, jaką pełniły obrazy, była dwojaka. Oryginalny kontekst ich wykonania i przeznaczenie były inne od roli w muzeum. Fotograf wykonał je, aby specjaliści, historyczki, międzynarodowi obserwatorzy i dziennikarki mieli fachowy (choć makabryczny) materiał do badań. Oko laika nie jest w stanie jednak zrozumieć z nich wiele poza grozą i potwornością sytuacji – nawet z fachowym komentarzem, skazani jesteśmy na wiarę, że stosy anonimowych, podwójnie odczłowieczonych ciał mówią to, co mają mówić. Nie sposób inaczej niż na wiarę tę prawdę przyjąć.


Pozostało jeszcze 72% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie