Wyrok nie jest prawomocny. Zapadł po jednej rozprawie, na której nie było oskarżonych ani ich obrońców. W trakcie policyjnego dochodzenia obaj bracia przyznali się i wyrazili skruchę, jeden z nich chciał dobrowolnie poddać się karze, drugi liczył na warunkowe umorzenie postępowania.

Próba maturalnego oszustwa miała miejsce w maju tego roku, w jednym z zespołów szkół w Białymstoku. Jeden z braci podał się za drugiego, użył jego dowodu osobistego i podrobił jego podpis na karcie obecności na pisemnym egzaminie z matematyki.

Sprawa wyszła na jaw, gdy przed jeszcze rozpoczęciem testu wątpliwości nabrali członkowie komisji egzaminacyjnej. Zawiadomiony został dyrektor szkoły, w której była matura. Gdy potwierdzono bez wątpliwości, że chłopak nie jest tym, za kogo się podaje, po konsultacji z Okręgową Komisją Egzaminacyjną wezwana została policja.

Chłopak, który przyszedł na egzamin za brata uciekł z budynku, za kilka minut zjawiła się tam właściwa osoba. Obaj w rezultacie przyznali się i wyrazili skruchę.

Formalnie ten z braci, który przyszedł na egzamin, został oskarżony o posłużenie się cudzym dowodem osobistym, wprowadzenie komisji egzaminacyjnej w błąd co do swojej tożsamości i podrobienie podpisu brata na liście obecności osób przystępujących do matury. Drugi - o pomocnictwo do popełnienia takiego przestępstwa.

W wyjaśnieniach złożonych w maju w komisariacie, które we wtorek odczytał sąd, wyrażali skruchę, zapewniali, że to nauczka na całe życie. Pierwszy z nich mówił, że chciał pomóc bratu, który rok wcześniej matury z matematyki nie zdał. Dał mu się przekonać.

"Nie czuł się na siłach i poprosił mnie, żebym poszedł za niego na egzamin" - wyjaśniał wtedy chłopak, obecnie student. Chodziło o szkołę zaoczną, gdzie - jak mówił jego brat - "nauczyciele nie kojarzą za bardzo swoich uczniów".

"Źle zrobiłem namawiając brata, by poszedł za mnie. Poprosiłem go o pomoc, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że moja wiedza jest niewystarczająca na zdanie egzaminu maturalnego" - wyjaśniał drugi z oskarżonych.

Przebieg zdarzeń potwierdził przed sądem dyrektor szkoły, przewodnicząca komisji i policjant, który zatrzymał braci i odwoził ich na komisariat.

Choć zarzuty były różne, sąd orzekł wobec obu oskarżonych jednakowe kary: po 6 miesięcy ograniczenia wolności, z obowiązkiem wykonywania nieodpłatnej, kontrolowanej pracy na cele społeczne, w wymiarze po 20 godz. miesięcznie. Mają też ponieść koszty procesu.

Nieudolna operacja, z góry skazana na niepowodzenie - mówił, uzasadniając wyrok, sędzia Andrzej Kochanowski. "Oskarżeni wykazali się dużym optymizmem, licząc na to, że tego typu działanie przejdzie niezauważone" - dodał.

Przyznał, że w sprawie najtrudniejsze było dopasowanie wymiaru kary. I sąd uznał, że nie było sensu wymierzania kary więzienia. "Są duże szanse na to, że będzie to działanie jednostkowe, które w przyszłości nie powtórzy się. Z drugiej strony kara powinna być taka, żeby oskarżeni jednak odczuli pewną dolegliwość związaną z tego typu postępowaniem, aby ono się w przyszłości nie powtórzyło" - argumentował sędzia Kochanowski.

Przyznał, że znaczenie miał też społeczny oddźwięk wydanego wyroku, który cieszył się dużym zainteresowaniem mediów. (PAP)