Nie przyjmujemy do wiadomości, że zło może nas dotknąć fizycznie. Zagrożenia polityczne traktujemy jak bajkę. Ale w prywatnym życiu głęboko wierzymy w powodzenie swoich nawet najbardziej ryzykownych posunięć i nieprzemyślanych decyzji
Pewnego razu król obwieścił, że ten, kto dokona czegoś najbardziej nieprawdopodobnego, otrzyma rękę pięknej księżniczki i połowę królestwa. W wyścigu po cnotę i bogactwo wystartowali starzy i młodzi, jedni usiłowali pobić rekordy w obżarstwie, ale umierali z przejedzenia, inni tracili życie z przepicia. Niektórzy pokazywali, jak plują sobie na plecy, ale żaden ze sztukmistrzów nie wzbudził zachwytu sędziów, których wyznaczono od 3-letnich dzieci po 90-letnich starców. Aż wreszcie pojawił się artysta ze swoim cudownym zegarem. Po wybiciu każdej godziny ukazywały się żywe obrazy, figurki tańczyły, śpiewały, wyrastały róże, a aniołki wznosiły się ku niebu. – To jest najnieprawdopodobniejsze – uznali mieszkańcy królestwa. Gdy nadszedł dzień wręczenia nagrody, nagle z tłumu wyszedł kościsty siłacz i krzyknął: Nie, to ja zwyciężę! Jestem w stanie dokonać czegoś najnieprawdopodobniejszego. I mówiąc to, siekierą porąbał zwycięski zegar. Takie dzieło sztuki zniszczyć? Tak, to najbardziej nieprawdopodobne – przyznali zdumieni sędziowie i zaskoczeni poddani.
Obrazki z dalekich krain
Gdy po siekierkę z baśni „Historia najmniej prawdopodobna” Hansa Christiana Andersena sięgnął Władimir Putin i nie zważając na porządek cywilizowanego świata, gdzie utrwalone – wydawać by się mogło – zasady rozwiązywania sporów nakazują pokojowe negocjacje, brutalną, prostacką siłą roztrzaskał Krym i Donbas na Ukrainie, oglądaliśmy to w telewizorach, i wciąż oglądamy, w zaciszu domowych pieleszy, tak jak mieszkańcy owego królestwa – nie wierząc w to, co widzimy, uznając za wydarzenia nieprawdopodobne. Migawki w dziennikach telewizyjnych czy zdjęcia w internetowych serwisach pokazujące wypalone po bombardowaniach mieszkania w zwykłych blokowiskach, ruiny lotniskowych terminali czy zakrwawione trupy na ulicach to dla nas obrazki niczym z okrutnej bajki, z dalekich, obcych, nierealnych krajów. Nie chcemy dopuścić do siebie myśli, że wojna dotarła do naszych granic, że Ukraina to nasz sąsiad, a zielone ludziki są zaledwie o tysiąc kilometrów stąd. Że wystarczy rano wsiąść w auto, wcisnąć gaz do dechy, by wieczorem wjechać w strefę prawdziwych wojennych działań.
Zaniepokojenie, że ukraiński konflikt zagraża także naszemu bezpieczeństwu, co prawda rośnie – w lipcu tego roku sondaż Centrum Badania Opinii Społecznej pokazywał, że zaledwie połowa z nas obawiała się rozwoju sytuacji za naszą wschodnią granicą, a aż 40 proc. nie widziało w tych wydarzeniach niczego niebezpiecznego; dwa miesiące później zaniepokojonych było już prawie 80 proc. Jednak wciąż co drugi z nas uważa, że działania Polski na rzecz zażegnania konfliktu są wystarczające, a co czwarty – że nawet za bardzo się wtrącamy w spór rosyjsko-ukraiński. Większość nie chce, byśmy dozbroili Ukraińców, tak samo zresztą nie chcemy zwiększać wydatków na polską armię. Uśmiech politowania, jeśli nie szyderczy śmiech, wzbudzają lokalne – np. w Szczecinie i na Podlasiu – inicjatywy powoływania ochotniczych zbrojnych organizacji na wzór gwardii narodowej, które miałyby chronić miejscową ludność przed najazdem rosyjskich „humanitarnych konwojów”. Inicjatorzy takich grup chcą przeszkolić kilka tysięcy osób i wyposażyć je m.in. w zestawy rakietowe. Przed wojną takie inicjatywy były powszechne i nikt nie wątpił, że wzmacniają bezpieczeństwo państwa.
– Organizacja Strzelec przygotowywała do służby wojskowej, uczyła musztry i obchodzenia się z bronią – wspomina w portalu Niezalezna.pl kapitan Zbigniew Piasecki, żołnierz Armii Krajowej i uczestnik powstania warszawskiego. Dzisiaj wolimy wierzyć, nawet widząc codziennie tnącą na lewo i prawo siekierkę Putina, że wojnę da się powstrzymać, gdy będziemy ją krytykować, najlepiej na Facebooku, a już na pewno nie dotrze na nasze ziemie.
Przechytrzyć wszystkich oszustów
Postawa nieprzyjmowania do wiadomości, że zło może dotknąć fizycznie i nas, towarzyszy nam praktycznie przy każdej decyzji. Nie wierzymy np., że przekraczając dozwoloną prędkość, możemy spowodować wypadek. Jesteśmy przekonani, że znaki drogowe są poustawiane bez sensu, a szybsza niż dopuszczalna jazda to powszechne zachowanie na polskich drogach, więc o co chodzi? Wystarczy przeprowadzić prosty test – jechać zgodnie z przepisami, a takie zachowawcze auto błyskawicznie stanie się zawalidrogą. I to nie tylko na autostradzie, lecz także na pełnych ludzi osiedlowych uliczkach.
Myślenie życzeniowe, zakładanie, że wszystko będzie po naszej myśli, kieruje nawet naszymi finansami – podstawą egzystencji, która nie powinna być narażana na ryzyko. Lecz i w tym przypadku – choć jesteśmy pewni, że wokół czyhają na nas sami oszuści – wierzymy, że akurat nam uda się ich przechytrzyć. Bezrefleksyjnie inwestujemy więc we wszelkiego rodzaju ambergoldy, doskonale zdając sobie sprawę, że oferty te mocno odbiegają od rynkowych stawek i nie są – mówiąc delikatnie – wiarygodne. Ale przecież z pewnością zdążymy się w porę wycofać, zgarniając zyski. Firmy kupują zaś towary czy usługi po zaniżonych cenach, udając, że trafiły na niebywałą okazję, a nie na złodzieja. Ale kto nam udowodni, że powinniśmy się domyśleć oszustwa... Prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą wliczają w firmowe koszty nawet domowe zakupy spożywcze, jedną fakturą obejmują telefony całej rodziny, z góry zakładając, że skarbówka nie dopatrzy się takich drobnych nadużyć, a jeśli tak się stanie, uda się to jakoś urzędnikowi wytłumaczyć.
– Wiara czyni cuda. Nie wiem, skąd wiem, ale wiem, że mnie się akurat uda. Tak jak zielone ludziki na Ukrainie traktujemy w kategoriach nierealnej bajki, science fiction, a nie realnego zagrożenia dla naszego życia, tak samo życzeniowe myślenie, po linii pragnień, kieruje naszymi codziennymi decyzjami – zauważa dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Nie wiem, skąd wiem, ale wiem, że jeżdżę samochodem lepiej niż inni – tłumaczy politolog z UW. – Nie wiem, skąd wiem, ale wiem, że jestem bardziej inteligentny. Wiem, że jestem mądrzejszy, wiem, że sprawniejszy. Po prostu wiem. A wszystkie moje niedoróbki, jeśli jednak się przydarzą, to wina świata zewnętrznego, który nie chce zobaczyć we mnie tego lepszego. Co gorsza, czasami wręcz prowokuje mnie do złych działań. To nie ja jestem temu winny.
Dokonując codziennych wyborów we wszystkich aspektach życia, nie zważając na opinię innych, upieramy się, że to my mamy rację. Jakże bowiem trudno jest przyznać rację tym, którzy nas ostrzegają przed niedorzecznością naszych decyzji. Musiałby to być niekwestionowany autorytet, a tych ostatnimi laty pozbawiliśmy się praktycznie całkowicie, deprecjonując rzetelną wiedzę czy wieloletnie doświadczenie na rzecz medialnej łatwostrawnej papki, informacyjnego fast foodu, który czyni świat zrozumiałym, prostym, przewidywalnym, w efekcie więc bezpiecznym. Nie będzie mi tu ktoś się wymądrzał i nakazywał, jak mam postępować, bo sam wiem lepiej. Mam internet, oglądam telewizję, czytam gazety, rozmawiam z przyjaciółmi, więc nikt mnie już nie da rady oszukać.
Uproszczone przekazy medialne, reklama czy opinie znajomych – kontynuuje dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz – pomagają nam znaleźć wsparcie dla naszych rozpoznań rzeczywistości i deprecjonują źródła informacji, które wykraczają poza próg naszej akceptacji.
– Niczego się nie uczymy od pokoleń, bo niezmiennie nadzieja umiera ostatnia. Po upadku komunizmu, uznawanego dziś za siedlisko nieuczciwości, zła i niesprawiedliwości, bardzo szybko naiwnie uwierzyliśmy, że w kapitalizmie rozkwitną tylko piękno, dobroć i bogactwo. Że demokracja, gdzie niekiedy cham decyduje, da nam nowe szanse i perspektywy. Lecz nikt nas nie uprzedził, że razem z taką wolnością nadejdą twarde reguły bezkompromisowej rynkowej gry. Już w starożytności zabijano zwiastunów złych wieści, teraz informacje o tym gorszym obliczu kapitalizmu odrzucamy, uważając, że to tylko propaganda – jak za komunizmu – podkreśla naukowiec z Uniwersytetu Warszawskiego.
To właśnie stereotypy, schematy myślowe, powodują, że np. omijamy kasyna, traktując je jak jaskinie hazardu, szemrane miejsca o niskiej moralności, gdzie każde postawienie żetonu jest wielkim ryzykiem, choć w rzeczywistości akurat tam reguły rynkowej gry są jasne, z matematyczną dokładnością precyzyjne, i nie ma miejsca na żadne nieprawidłowości. Za to ochoczo topimy oszczędności życia w piramidach finansowych czy instrumentach pochodnych, gdzie wynik zakładu jest praktycznie nieprzewidywalny.
– To zaszłości pokoleniowe. Traktujemy to, co państwowe, czy chociażby pozornie przez państwo kontrolowane, jako pewniejsze, bezpieczniejsze. Jeśli bankowa czy parabankowa oferta okaże się niewypałem, wierzymy, że sprawiedliwości stanie się zadość, bo pójdziemy do sądu, do Strasburga, zastrajkujemy czy, protestując przed kancelarią premiera, zażądamy zwrotu naszych pieniędzy od szefa rządu. W Rosji Putin już pokazał, że jest dobrym tatą, nakazując tym złym biznesmenom oddać ukradzione zwykłym ludziom pieniądze. W ostateczności niektórzy zaktywizują absolut – będą się modlić. Bo przecież „życie jest formą istnienia białka, ale w kominie czasem coś załka”. Opatrzność czuwa, więc nam nieszczęście nie może się przytrafić – podsumowuje dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz.
Mnie się musi udać
Z pozoru takie niepoprawnie optymistyczne zachowania są sprzeczne z wynikami wielu badań, z których wyłania się obraz naszego społeczeństwa jako skrajnie nieufnego. Na przykład raport „Stan społeczeństwa obywatelskiego. Kapitał społeczny. Diagnoza Społeczna 2013. Warunki i jakość życia Polaków” pod kierownictwem Janusza Czapińskiego pokazuje, że Polska nie spełnia ani jednego kryterium społeczeństwa obywatelskiego. Pod względem ogólnego zaufania zajmujemy jedno z ostatnich miejsc wśród krajów objętych badaniem European Social Survey (ESS) w 2010 r. W Polsce z opinią, że większości ludzi można ufać, zgadzało się według Diagnozy Społecznej zaledwie 12 proc. w 2013 r., a w ESS w 2010 r. – 22 proc. – trzy razy mniej niż w Danii, Norwegii czy Finlandii. Znacznie rzadziej też Polacy niż przedstawiciele innych społeczeństw wierzą w dobre intencje bliźnich. Zaledwie 14 proc. rodaków według ESS z 2010 r. (mniej tylko w Bułgarii) i 16 proc. według Diagnozy Społecznej z 2013 r. jest przekonanych, że ludzie najczęściej starają się być pomocni. Zdecydowana większość z nas patrzy na bliźniego wilkiem. A jednak, mimo tej wyjątkowo dużej na tle innych nacji podejrzliwości bezrefleksyjnie ryzykujemy własną przyszłość opierając się tylko na naiwnej wierze, że akurat nam się uda.
– W badaniach rzeczywiście charakteryzujemy się bardzo niskim zaufaniem społecznym, lecz zaufanie nie jest tym samym, co optymizm – wiara w korzystny bieg zdarzeń. Mamy co prawda kulturową skłonność do publicznego powszechnego narzekania, lecz już na poziomie poszczególnego człowieka, jednostki, niezależnie od tej kultury, jesteśmy optymistami nastawionymi na rozpatrywanie jedynie pozytywnych scenariuszy – wyjaśnia psycholog biznesu prof. Tomasz Zaleśkiewicz, kierownik Katedry Psychologii Ekonomicznej w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu.
Wystarczy, dodaje naukowiec, że doradca finansowy umiejętnie się nami zaopiekuje, stworzy miłą atmosferę rozmowy, a już mu ufamy, nie oceniając go merytorycznie ani nie sprawdzając efektów jego wcześniejszych decyzji.
– Nasze badania pokazały, że jeśli taki ekspert mówi to, co chcemy usłyszeć, nie tylko nabieramy do niego sympatii, lecz także zaczynamy uważać go za bardziej kompetentnego. Gdy dodamy do tego regułę wzajemności – poczucie zobowiązania, gdy ktoś poświęca nam tyle swojego czasu, a także zwykłą ludzką chciwość, gdzie główną rolę odgrywają emocje, to widać, jak w dość łatwy sposób firmy czy instytucje finansowe mogą zachęcić do zakupienia każdej swojej oferty – przekonuje psycholog biznesu.
Dobrym przykładem są w tym kontekście kredyty w obcych walutach. Podbiły rynek, bo klienci banków postrzegali rzeczywistość tu i teraz, bez wybiegania w przyszłość. Jeśli w ogóle zmusili się do głębszego zastanowienia, nie poprzestając na zachętach doradców, to rozpatrywali korzyści jedynie w krótkiej perspektywie, porównując co najwyżej aktualne oferty złotowe, które były wówczas mniej atrakcyjne finansowo.
– Myślenie o niebezpieczeństwie pułapki kredytowej czy przyszłym wahaniu kursów wymagałoby od nich poważnej analizy – zauważa prof. Tomasz Zaleśkiewicz. W profesjonalnym zarządzaniu stosuje się analizę SWOT, czyli technikę stosowaną przy planowaniu strategicznym. Dostępne informacje o analizowanym obiekcie dzieli się na cztery grupy – określa się jego mocne strony, czyli S – strengths, strony słabe W– weaknesses, O – opportunities, czyli szanse oraz T – threats, zagrożenia. Dopiero na tej podstawie, uwzględniając długofalowy wpływ poszczególnych czynników i ich wzajemne oddziaływania, można zaplanować strategię postępowania.
– Ale to bardzo naukowe podejście. Zwykły Kowalski, podpisując umowę, nie przewiduje przyszłych zmian, bo patrzy na swoje korzyści wyłącznie z wąskiej, bieżącej perspektywy. Co więcej, nie tylko wypiera wszelkie pesymistyczne scenariusze, lecz nawet sięga po oszustwo, by poprawić aktualną niekorzystną sytuację, np. prosi szefa w firmie, by w zaświadczeniu dla banku o zarobkach zawyżył dochody – opisuje profesor z SWPS we Wrocławiu.
Działa tu mechanizm ewolucyjny, który paradoksalnie daje nam szansę na przetrwanie. Chciwość bowiem bierze się z naturalnej motywacji, żeby się rozwijać, pomnażać swoje zasoby. Podobnie jest z podejmowaniem ryzyka – to dzięki niemu homo sapiens wkraczał na nowe terytoria. Z perspektywy psychologii ewolucyjnej można powiedzieć, że ryzyko towarzyszy nam od zarania dziejów. Mieszkając w jaskiniach, za każdym razem, gdy myśliwi opuszczali bezpieczne schronienie, by zdobyć coś do jedzenia, podejmowali ryzyko. Ryzyko było i jest konieczne.
– W późniejszych czasach zawiązywaliśmy ryzykowne sojusze, militarne czy polityczne koalicje, które miały nam zapewnić bezpieczeństwo i jak najsilniejszą pozycję w konfliktach. Bez ryzyka nie byłoby cywilizacyjnego rozwoju – wskazuje dr Jacek Buczny z SWPS w Sopocie.
Podobnie zresztą rzecz ma się ze sposobem myślenia i z mechanizmami podejmowania decyzji.
– W prywatnym życiu nigdy nie myślimy w pełni racjonalnie, a decyzje podejmujemy na podstawie ograniczonej puli informacji i bez analizowania wszystkich konsekwencji decyzji. Nieracjonalność wynika między innymi ze stosowania heurystyki dostępności. Jak nam się coś nie przydarzyło, to nie bierzemy tego pod uwagę w planowaniu działań albo wyciągamy ogólne wnioski na podstawie jednego zdarzenia. Takim zniekształceniom poznawczym ulegamy od zawsze, i to wszyscy, niezależnie od kultury – wyjaśnia naukowiec z sopockiej SWPS.
– Z drugiej strony gdybyśmy w każdej sytuacji przewidywali negatywne konsekwencje naszych działań i decyzji, to nie podejmowalibyśmy ryzyka, ba, nie wyszlibyśmy z domu na ulicę. Fobie i obsesje blokują normalne funkcjonowanie. Skłonność do odczuwania lęku, jak u neurotyków, ogranicza inicjatywę i hamuje działania, w tym zawiązywanie koalicji i sojuszy z innymi ludźmi – dodaje dr Jacek Buczny. Optymizm jako zniekształcenie poznawcze jest często warunkiem rozpoczęcia działania, które wiąże się z ryzykiem. Bez pozytywnych iluzji funkcjonowanie w społeczeństwie byłoby trudne – kończy psycholog z SWPS.
– Z perspektywy adaptacyjnej taki optymizm, naiwne przekonanie, że nic złego się nie może stać, jest bardzo korzystne. Maria Skłodowska-Curie umarła m.in. dlatego, że miała kontakt z pierwiastkami promieniotwórczymi, ale bez tej wiary nigdy by nie dokonała takich odkryć. Ludzkość uczy się na błędach ryzykantów – podsumowuje prof. Tomasz Zaleśkiewicz.
Chciwość bierze się z naturalnej motywacji, żeby się rozwijać, pomnażać swoje zasoby. Podobnie jest z podejmowaniem ryzyka – to dzięki niemu homo sapiens wkraczał na nowe terytoria