Chodzi o niewpisanie do pięciu oświadczeń majątkowych zegara wartego minimum 17 tysięcy złotych. Jako pierwszy i najdłużej zeznawał przyjaciel Nowaka, który zegarek miał kupić. Potwierdził wersję byłego ministra, że to był prezent, choć jak zaznaczył, nie wie dlaczego były minister nie chciał osobiście pojawić się w sklepie. Przypuszczał, że zrobił tak, bo nie chciał być widziany przez fotoreporterów, gdy dokonuje takiego zakupu. A ponieważ on zna się na zegarkach, bo sam kupuje dla siebie, pomógł przyjacielowi. Zbyt wielu szczegółów jednak nie pamiętał. Tłumaczył, że było to kilka lat temu i nie stanowiło "istotnego wydarzenia" w jego życiu. Przyznał, że nikt inny go nigdy nie prosił o coś podobnego. Potwierdził też, że w przeszłości na pewien czas "dla zabawy" zamienił się z Nowakiem na zegarki. 

Z kolei prokurator dopytywał świadka, jak i kiedy oskarżony przekazał mu pieniądze na zegarek i kiedy odebrał prezent. "Jeśli pamięć mnie nie myli, to spotkałem się ze Sławkiem gdzieś w okolicy Wiejskiej i tam on przekazał mi pieniądze, w moim samochodzie. Chyba jeszcze tego samego dnia przekazałem mu zakupiony zegarek - gdzieś w restauracji albo też w moim samochodzie" - odpowiedział. 

Dopytywany o paragon odparł, że nie zwrócił uwagi. "Prawie nigdy nie zabieram paragonów. Z zegarkiem dostaje się certyfikat autentyczności i kartę gwarancyjną, więc w razie potrzeby to są wystarczające dokumenty" - wyjaśnił. Ale to właśnie ten wątek na poprzedniej rozprawie poruszył prokurator. Bo Nowak pokazał paragon z lutego 2011 roku, a zegarek był widywany na jego nadgarstku dużo wcześniej. Tego faktu oskarżony nie był jednak w stanie wytłumaczyć. 

Oprócz przyjaciela Nowaka, dziś sąd przesłuchał jeszcze jego dwóch współpracowników. Dziennikarze, którzy pisali o sprawie zegarka jako pierwsi, zostaną przesłuchani na kolejnych terminach rozpraw.