Wielu młodych Amerykanów zaczęło odwiedzać bary i restauracje nie tylko po to, aby zaspokoić głód, ale także by wykonać sesje fotograficzne. Tak, ku rosnącej frustracji restauratorów i pozostałych gości, foodstagramming zaczął podbijać kolejne lokale.

Instagram pełen jedzenia
Termin „foodstagramming” powstał z połączenia słów „food” (z ang. jedzenie) oraz Instagram (nazwa popularnego serwisu fotograficznego) i jasno określa, z czym mamy do czynienia. W dobie nowych mediów i dominacji kultury obrazkowej zwykła informacja o tym, że zjadło się dobry posiłek nie robi na nikim wrażenia. Żeby stała się widoczna w pajęczynie informacji, konieczne było zadbanie o jej formę w postaci na przykład dobrze wykadrowanego zdjęcia. Uwiecznione na zdjęciach posiłki można następnie umieścić  na Facebooku, Twitterze czy na Instagramie z nadzieją, że zaimponują znajomym.  Dzięki dostępowi do Internetu z niemal każdego miejsca, zdjęcie może dotrzeć do społeczności chwilę po jego wykonaniu.

Siłą rzeczy nowa moda sprawiła, że wszędzie tam, gdzie podawane jest jedzenie, pojawiły się błyski fleszy. A wszystko, dlatego że miłośnikom gastronomicznej fotografii nie wystarczył dyskretny obiektyw w komórce. To foodstagrammingu niezbędny okazał się potężny, rzucający się w oczy aparat, a najbardziej zaangażowani w twórczość potrafili przynosić do lokali statywy, a nawet własne oświetlenie. 

Obowiązuje zakaz fotografowania
Nic dziwnego, że cierpliwość do inicjatywy cyberspołeczności szybko stracili właściciele miejsc, które z lokali zaczęły zmieniać się w plener fotograficzny. Wielu restauratorów obawiało się także, że publikowane w sieci amatorskie fotografie potraw staną się antyreklamą i zmniejszą liczbę klientów. Efekt? Na ścianach nowojorskich lokali zaczęły pojawiać się informacje o zakazie fotografowania. – To przekroczyło wszelkie granice. Każdy chce złapać swój kadr i nikt nie liczy się z tym, że może przeszkadzać osobom dookoła – stwierdził w rozmowie z "New York Times" Steven Hall, rzecznik jednej z restauracji, która wprowadziła restrykcje. 

Fala fotografów dotknęła nie tylko sieci, ale także ekskluzywne miejsca, które szczególnie dużą uwagę przywiązują do atmosfery. - Niektórzy ludzie są bardzo aroganccy w tej kwestii. Kiedy zwracaliśmy im uwagę, nie rozumieli, o co nam chodzi. W końcu zaczęliśmy tłumaczyć, że to jest jeden wielki stół i chcemy, żeby ludzie wokół niego czerpali przyjemność z jedzenia potrawy, za którą zapłacili dużo pieniędzy. Ta moda denerwuje nawet kucharza – mówił "New York Timesowi" Moe Issa, który w swoim trzygwiazdkowym lokalu na Brooklynie musiał zabronić wyciągania aparatów już kilka miesięcy po rozpoczęciu działalności. 

Niektórzy restauratorzy podchodzą do sprawy z większą aprobatą. Chociaż David Bouley nie dopuszcza, aby jego restauracja zmieniła się w zbiorowe studio fotograficzne, to nie wygania nikogo za położenie na stole aparatu. – Musimy panować nad tym, bo inaczej byłoby tu jak w cyrku – tłumaczy "New York Timesowi". Jak więc obsługa radzi sobie z natrętnymi fotografami? – Przekonujemy ich, że takie zdjęcie znacznie lepiej wyglądałoby zrobione na kuchennym stole. Mogą tam zadbać o kompozycję kadru, ustawić tacę i sosy, a potem pstryknąć. Zamiast mówić „nie”, sprawiamy, że przeżywają przygodę – tłumaczy Bouley, który obecnie pracuje nad systemem komputerowym, który pozwoli jego klientom dostać pliki ze zdjęciem zanim zdążą poprosić o rachunek.