O prawie do prywatności pisze się teraz nader często. O snach pisze się mniej, ale nie jest to temat tabu. Wywód będzie subiektywny i (mam nadzieję!) kontrowersyjny. Być może uda mi się skłonić nim do dyskusji także osoby niezajmujące się na co dzień prawem do prywatności czy prawem w ogóle. Pozwolę sobie wyjątkowo nie trzymać się naukowego schematu wypowiedzi. Trudno odmówić sobie takiej przyjemności, gdy się nadarza.
Prawo do prywatności jest regulowane przez wiele aktów prawnych, np. Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej (art. 7), Powszechną Deklarację Praw Człowieka (art. 12), Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych (art. 17), Konwencję o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności (art. 8) czy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej (art. 47–51). W każdej z tych regulacji akcentuje się zakaz ingerowania w naszą prywatność. Wyłącznie w sytuacji prawnie przewidzianej (art. 31 Konstytucji RP) albo wtedy gdy dobrowolnie wyrazimy na to zgodę, władza publiczna lub osoby trzecie mogą uzyskać dostęp do danych schowanych za kurtyną z napisem „prywatność”. Innymi słowy, na drodze przymusu prawnego albo za naszą zgodą określony podmiot może uzyskać dostęp do naszej prywatności, ale zdarza się to stosunkowo rzadko i w niewielkim zakresie.