Dziennikarze śledczy z organizacji Bellingcat wykazali, że morderca Gruzina czeczeńskiego pochodzenia Zelimchana Changoszwilego, który został zabity w sierpniu w Berlinie, był powiązany z rosyjskimi służbami specjalnymi. Tuż przed wyjazdem do Berlina spędził dwa dni w Warszawie, gdzie wizytował m.in. pałac w Wilanowie. Jak pan to skomentuje?

Organizatorzy tego zamachu, a nikt roztropny już nie wątpi, że stoją za nim rosyjskie służby – najpewniej FSB, wybrali na miejsce przygotowania akcji stolicę Polski. Takie miejsce wybiera się, oceniając zagrożenie dla swojego człowieka i dla całej operacji. Widocznie ktoś w Moskwie doszedł do wniosku, że najbezpieczniejszym miejscem będzie Warszawa, a nie Berlin bądź np. Wiedeń. Jeżeli służba wybiera miasto na przygotowanie operacji, to ma je sprawdzone, wie, że tam jest łatwo działać.

Bellingcat pokazał m.in. mapę z punktami logowania telefonu i okazuje się, że płatny morderca rosyjskich służb zwiedzał Warszawę. Był w pałacu w Wilanowie, oglądał Starówkę czy spacerował po Łazienkach. Po co?

Jeśli spojrzymy na to przez pryzmat zamachu na Siergieja Skripala w Wielkiej Brytanii, który również przeprowadziły rosyjskie służby, to widać, że ich ulubioną ostatnio przykrywką jest bycie turystą. W Anglii zwiedzali np. katedrę w Salisbury. Berliński zabójca Wadim Krasikow jeszcze przed przybyciem do Warszawy zwiedzał Paryż, m.in. wieżę Eiffla. W Polsce Wilanów podziwiał z rosyjskojęzycznym przewodnikiem – spędził z nim kilka godzin. Czemu akurat z nim? Pytanie, czy ten przewodnik wciąż funkcjonuje w Warszawie, czy już wrócił do Rosji. Ciekawe, czy polskie służby do niego dotarły. Niewątpliwie zamachowiec mógł się spotykać z przedstawicielami rosyjskich służb.

Ciekawe jest też to, że Rosjanie wybrali konsulat francuski do wyrobienia mu wizy do strefy Schengen. Myślę, że wybrali po prostu dwa najsłabsze ogniwa w unijnych krajach, czyli Paryż i Warszawę. Sierpień wydaje się najlepszy do przekraczania granicy we Francji, bo wtedy jest tam urlop, to jest najspokojniejszy okres w całym roku. Chociażby w 2008 r. w tym miesiącu wybuchła wojna w Gruzji, a na zachodzie nikt nie mógł szybko podjąć żadnych decyzji. Lato sprzyja takim akcjom.

Wróćmy jeszcze do Warszawy. Dzień przed zamachem Krasikow był jeszcze widziany w hotelu w jej centrum.

On się rozpłynął po wyjściu z hotelu ok. ósmej rano. Nie wiadomo, czy do Berlina pojechał autem czy pociągiem, który o 08.28 rusza z Warszawy Centralnej. Bilety na pociągi kupuje się w kasie bezimiennie. Nie wiadomo, czy zmienił wygląd, czy ktoś go podwiózł. Falentę byliśmy w stanie prześledzić do Hiszpanii, a tu facet znika w Warszawie i 24 godziny później dokonuje morderstwa politycznego w Berlinie. Zastanawiam się, czy w sierpniu nasze służby sprawdzały monitoring w okolicach hotelu i dworca. Jest też kwestia broni – pytanie otwarte, czy on ją pozyskał w Warszawie. Bardziej prawdopodobne jest to, że dostał ją w Berlinie, ale mogło to być nad Wisłą. Przecież w pociągu nikt nikogo nie sprawdza – to już łatwiej wpaść, jadąc samochodem.

W polskich mediach jeden z niewielu artykułów na ten temat napisał Cezary Gmyz w TVP.info. Twierdził on, że paszport i wiza Krasikowa, który podróżował pod nazwiskiem Sokołow, nie wzbudził podejrzeń polskich służb, że nie było podstawy do odmowy wjazdu. Później podał bardzo ciekawą informację, że wszyscy agenci rosyjscy jeżdżą po Europie bez paszportów biometrycznych, choć w Rosji takie są wydawane od 10 lat. Artykuł wyglądał na wybielanie polskich służb.

Polskie służby oficjalnie nie mówiły o tej sprawie wiele.

Oczekiwałbym, że będzie wyjaśnione, co się wydarzyło w Warszawie, chociażby w sejmowej komisji ds. służb specjalnych. U nas wtedy był gorący czas wyborów, tak więc nie sądzę, by ktoś się tym specjalnie zajmował. A taka sprawa jest niezmiernie trudna do wykrycia. Ale jeśli w polskich hotelach zatrzymuje się Rosjanin w wieku ok. 50 lat, identyfikuje się paszportem niebiometrycznym, to każdemu recepcjoniście powinna się zapalać lampka. Te główne hotele powinny być wyczulone na takie rzeczy. Wyczulone przez nasze służby. To byłby sygnał dla rosyjskich służb, że u nas nie będzie tak łatwo hasać jak w Wielkiej Brytanii czy chociażby we Francji.

Kolejne pytanie, które się nasuwa, to na ile jesteśmy w stanie coś wykryć sami, a na ile jesteśmy skazani tylko na współpracę z naszymi partnerami. Wydaje się, że do pracy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego można mieć zastrzeżenia: dziś bardziej zajmuje się kwestiami gospodarczymi, a nie kontrwywiadowczymi, brakuje jej stabilności, a ciągłe plotki o połączeniach w służbach nie służą skupianiu się na pracy.