Maszyny mają zostać dostarczone do 2030 r. Koszt netto to nieco ponad 17 mld zł. Do tego dojdą jeszcze koszty budowy infrastruktury. Wypada mieć nadzieję, że budżet na obronność będzie rósł zgodnie z obecnymi zapisami ustawowymi i ten zakup nie odbije nam się czkawką. Że będzie nas stać na inne istotne, być może nawet bardziej istotne, programy modernizacyjne wojska.

Nie ma sensu już się pastwić nad tym, czy aby minister Błaszczak na pewno miał prawo tę umowę podpisywać. Bo zgodnie z regulacjami dokumenty powinien podpisać szef Inspektoratu Uzbrojenia, czyli komórki odpowiadającej za zakupy w resorcie. Pisano też już o tym, że w tym momencie nie jesteśmy w stanie wykorzystać wszystkich możliwości F-35, bo zwyczajnie mamy zbyt stary sprzęt. To są samoloty, które powinny działać jako część nowoczesnego systemu, którym my obecnie nie dysponujemy. Tutaj też pozostaje nam jedynie nadzieja, że w najbliższych latach przestaniemy kupować wyspowo, śladowe ilości sprzętu, a faktycznie zaczniemy myśleć systemowo i F-35 „będą miały czym dowodzić”. Oczywistym jest też, że choćby jedna dziesiąta kwoty zawartej w tej umowie wydana na przeciwpancerne pociski rakietowe nasze zdolności do obrony przed zagrożeniem ze Wschodu zwiększyłyby za trzy lata, a nie za lat 13, gdy F-35 będą operacyjne. Na szczęście to wszystko jeszcze możemy zrobić, te szanse nie są jeszcze (do końca) stracone. Oczywiście nie mówię, że to zrobimy. Ale przynajmniej możemy.

Za to już bezpowrotnie przepadła szansa na to, by wokół zakupu samolotu F-35 zbudować ponadpartyjny konsensus dotyczący obronności. W państwach, które kwestie swojego bezpieczeństwa traktują poważnie, na takie zakupy zazwyczaj zgadzają się główne siły polityczne. Wśród różnych opcji jest budowany fundament, co do którego wszyscy mogą się porozumieć. Nie chodzi o szczegóły i szczególiki, ale o podstawy. Nie chodzi o to, że dogadamy się co do koloru kupowanego auta, ale przynajmniej zgodzimy się, że ma mieć cztery koła i kierownicę z lewej strony. Programy zbrojeniowe nie trwają dwa, trzy czy cztery lata, ale mają skutki przez lat 20, 30 czy 40. Te 20 mld zł, które wydamy w najbliższych latach na F-35, to dopiero początek. Sam zakup uzbrojenia to zazwyczaj ok. 30 proc. ceny, którą przyjdzie w sumie zapłacić za zakup, użytkowanie i wreszcie utylizację sprzętu. W demokracji żaden rząd nie rządzi przez lat 40. Dlatego szuka się porozumienia – chodzi o to, by co cztery czy osiem lat, gdy kończy się kadencja danego premiera, nie wywracać wszystkiego do góry nogami. W Stanach Zjednoczonych dużo w kwestiach obronności mają do powiedzenia kongresmani z obydwu stron politycznej barykady, w Niemczech komisja parlamentarna opiniuje większe zakupy zbrojeniowe.

Tymczasem w Polsce minister Błaszczak ukrywa wszystko i w żaden sposób nie próbuje pozyskać sojuszników z innych opcji politycznych. Jestem przekonany, że na ten zakup, podobnie jak i np. na niedawny zakup systemu Patriot, spytani o zdanie, zgodziliby się również posłowie opozycji. Oczywiście pojęczeliby, że drogo, że oni zrobiliby to lepiej, ale w końcu by się zgodzili. Tak jak w 2017 r. zagłosowali za ustawowym podniesieniem wydatków na obronność. Tymczasem jesteśmy w sytuacji, gdy posłowie sejmowej komisji obrony, by dowiedzieć się czegokolwiek o procedurze zakupu tego samolotu F-35, proszą… Najwyższą Izbę Kontroli o zbadanie sprawy.

Wciąż zdumiewa to, że resort obrony czyni z tego zakupu wielką tajemnicę i bardzo wstrzemięźliwie dzieli się informacjami z podatnikami, którzy go finansują. Przecież jest się czym pochwalić, wszyscy powinniśmy być dumni i zadowoleni z tego, że zwiększamy poziom naszego bezpieczeństwa. W krajach geograficznie (i mentalnie) przesuniętych bardziej na Zachód opinii publicznej znane są kryteria, warunki finansowe i inne szczegóły tak kluczowych zakupów. Tymczasem my musimy bazować na szczątkowych informacjach i zapewnieniach tego, że wszystko jest jak najlepiej. Dokumentów nikt żadnych poza ludźmi z ministerstwa nie widział. I nie chodzi tu przecież o to, by pokazać unikalne i tajne zdolności tego czy innego systemu uzbrojenia. Chodzi o to, byśmy wiedzieli, do czego jest nam ten sprzęt potrzebny, jak wygląda procedura zakupu i by wszystkie główne siły polityczne miały zgodność co do jego słuszności.

Gdyby minister Błaszczak rozmawiał z kimkolwiek spoza swojego obozu, to także mniejszej krytyce podlegałby zapewne brak offsetu przy tym zakupie. Offset, czyli zakup technologii, który może towarzyszyć uzbrojeniu, w polskich realiach się nie sprawdził. Wydaliśmy na niego mnóstwo pieniędzy, a owoców brakuje. I gdyby przedstawiciele resortu wyjaśnili to na spokojnie posłom i obywatelom, pewnie zdecydowana większość z nich by się z taką argumentacją zgodziła.

W przyszłym roku budżet na obronność wyniesie ok. 55 mld zł, z czego ok. 15 mld zapewne zostanie przeznaczone na zakup uzbrojenia. Biorąc pod uwagę, że na razie rośnie nam PKB, także te kwoty będą się zwiększać. Za nami ważne decyzje o zakupie systemu Patriot i samolotów F-35. Ich skutki będziemy odczuwać przez lata. Przed nami jeszcze więcej ważnych decyzji, choćby dotyczących systemu obrony powietrznej Narew, ewentualnego zakupu (lub jego braku) okrętów podwodnych, nawodnych czy wreszcie poważnych inwestycji w artylerię dalekiego zasięgu.

W interesie nas wszystkich jako obywateli RP jest, by politycy głównych opcji politycznych przestali zachowywać się jak obrażone dzieci w piaskownicy, które pokłóciły się o to, kto ma mieć grabki, a kto łopatkę i wreszcie w sprawach fundamentalnych, a taką jest obronność, zaczęli się ze sobą dogadywać. Jeśli nie będziemy mieli sprawnej armii, to nasze spory o sądy wkrótce mogą stać się bezprzedmiotowe, ponieważ system sądowniczy narzuci nam kto inny. Jeśli nie wprowadzimy elementarnej ciągłości w programach zbrojeniowych, której nam w ostatnich latach brakuje, to spory o to, czy 500+ jest programem prodemograficznym czy jednak socjalnym, w radykalnie negatywnym scenariuszu będziemy prowadzić w podziemiu. Włączenie sił opozycji w dialog dotyczący zakupu uzbrojenia już teraz pozwoli po zmianie rządu, nieważne czy to będzie za trzy lata czy za lat siedem, kontynuować dzisiaj rozpoczynane programy w taki sposób, w jaki są planowane. W ten sposób można zwiększyć przewidywalność w Wojsku Polskim, instytucji, która stabilności zdecydowanie potrzebuje, gdzie często decyzje widoczne są dopiero po latach.

Nie wiem, kto powinien wykonać ten pierwszy krok. Czy to powinien być Zwierzchnik Sił Zbrojnych, prezydent Andrzej Duda, który również był na piątkowym podpisaniu umowy, czy wspominany minister obrony Mariusz Błaszczak, czy wreszcie przedstawiciele opozycji. Oczywistym z kolei jest, że nic takiego nie ma szansy wydarzyć się przed wyborami. Wydaje się, że prezydent kolejnej kadencji, nieważne kto nim będzie, powinien do dialogu o obronności zaprosić przedstawicieli wszystkich opcji politycznych. I to nie dlatego, że jest wielkoduszny czy chce się wzbić ponad podziały. Przyczyna jest bardzo prozaiczna. Mimo że nam rośnie gospodarka, to nie stać nas na to, by o obronności decydowała tylko jedna opcja polityczna. Skutki zaniechania takiego dialogu mogą być zbyt drogie.