Premier Hiszpanii Pedro Sánchez po ogłoszeniu wyników wyborów parlamentarnych przekonywał swoich wyborców, że „wygrała przyszłość, przegrała przeszłość”. Prowadzona przez niego Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) uzyskała niemal 29 proc. głosów. Tym samym Sánchez po roku stania na czele rządu mniejszościowego umocnił pozycję lewicy w kraju. Nie zawiodła go intuicja, gdy w połowie lutego zdecydował się na przedterminowe wybory, po tym jak parlament nie przyjął rządowego projektu budżetu.

Polityczna przyszłość kraju nie jest jednak tak jasna, jak życzyłby sobie tego obecny premier. Przez ostatni rok PSOE sprawowała władzę dzięki doraźnej współpracy z Podemos (Możemy). Partię w 2014 r., na fali postkryzysowej stagnacji, założyli działacze skrajnej lewicy i przedstawiciele ruchów miejskich. Sánchez w wybranych kwestiach mógł też liczyć na partie reprezentujące interes regionów autonomicznych, w tym na katalońskich separatystów.

Po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów z 28 kwietnia parlamentarna arytmetyka wskazuje na możliwość powtórzenia podobnej konfiguracji. Kongres Deputowanych, czyli hiszpański parlament, ma 350 miejsc. Wynik socjaldemokratów daje im 123 miejsca. Podemos, na których głosowało niemal 12 proc. Hiszpanów, wprowadzi do parlamentu 35 posłów. Do większości wynoszącej 176 miejsc brakuje jeszcze 18 głosów. Te mogą zapewnić katalońscy separatyści, którzy pod sztandarami kilku ugrupowań zdobyli 29 miejsc. Niewykluczone jest także sięgnięcie po głosy polityków partii baskijskich.

Socjaldemokraci wiedzą jednak, że wiązanie się stałym sojuszem z ugrupowaniami separatystycznymi jest obarczone wielkim ryzykiem. Kwestia katalońska dzieli kraj jak żadna inna. 1 października 2017 r. regionalny rząd tego autonomicznego regionu przeprowadził referendum niepodległościowe. Zdecydowana większość głosujących opowiedziała się za utworzeniem własnego państwa. Władze centralne nigdy tych wyników nie uznały, a wobec organizatorów wyciągnęła prawne konsekwencje.

Wielu z nich znajduje się w areszcie, a były szef katalońskiego rządu Carles Puigdemont przebywa na uchodźstwie w Belgii. Przy tak gorącym sporze partie separatystyczne, choć byłyby niewielkim składnikiem potencjalnej koalicji, swoimi żądaniami mogłyby zdestabilizować każdy rząd opowiadający się za integralnością Hiszpanii. Pedro Sánchez nie jest tu wyjątkiem. Separatystów namawia do dialogu, a autonomicznym regionom oferuje tylko zwiększenie inwestycji publicznych. Lider PSOE boi się, że oparcie większości parlamentarnej o głosy separatystów sprowadzi na niego regularną kanonadę ze strony przyszłej opozycji.

A po prawej stronie parlamentu zasiądą nie tylko przedstawiciele tradycyjnej prawicy, czyli Partii Ludowej. Chadecy po skandalach korupcyjnych utracili sprawowaną jeszcze niedawno władzę i ponad połowę wyborców. Ugrupowanie uzyskało tylko 16 proc. głosów i jeszcze długo będzie zajmowało się lizaniem ran i wewnętrznymi roszadami. Obawy rządzących wzbudzają posłowie populistycznej prawicy. Vox, nowa partia na hiszpańskiej scenie politycznej, uzyskał 10 proc. poparcia i 24 mandaty. Oprócz typowej dla europejskiej prawicy krytyki nielegalnej migracji Vox postawił w wyborach na hiszpański nacjonalizm, postulując m.in. odebranie Katalonii autonomii.

Sánchez zapowiedział w czwartek, że PSOE chce kontynuować rządy mniejszościowe i szukać doraźnych sojuszy z partiami lewicowymi. W tym tygodniu premier będzie rozmawiał z politycznymi rywalami na temat możliwych scenariuszy. Choć socjaldemokraci życzą sobie zaprzysiężenia rządu już w czerwcu, rozmowy mogą się przeciągnąć. Podemos już zgłasza, że tym razem chce wejść w formalną koalicję z partią Sáncheza. Hiszpańskie media nie wykluczają, że możliwa jest także próba szukania porozumienia z Obywatelami, liberałami, którzy w wyborach zdobyli 57 mandatów.

Do większości wynoszącej 176 miejsc brakuje jeszcze 18 głosów