W latach 40. i 50 Szlezyngier spędził kilka lat w aresztach i więzieniach.

Choć wyrok miał zostać ogłoszony w czwartek, sąd na wniosek pełnomocnika wnioskodawcy, mec. Macieja Krzyżanowskiego, wznowił przewód sądowy. Adwokat, który uzyskał nowe dokumenty dotyczące tej sprawy, chce uzupełnienia materiału dowodowego. Chodzi m.in. o materiały ze śledztwa prowadzonego przez IPN w sprawie oficera, który znęcał się nad Szlezyngierem i innymi więźniami politycznymi.

Sąd podzielił stanowisko pełnomocnika, że mogą się tam znajdować dokumenty istotne dla sprawy, i postanowił zwrócić się do IPN o nadesłanie akt, a także do ZUS o dokumentację lekarską dotyczącą wnioskodawcy.

"Na pewno jest to sprawa precedensowa w tym znaczeniu, że mamy do czynienia z bohaterem, jedną z ostatnich ofiar Informacji Wojskowej, a więc najbardziej zbrodniczej organizacji w PRL, która robiła z naszymi bohaterami podziemia rzeczy straszne, koszmarne" – powiedział mec. Krzyżanowski. Jak przekonywał, jego klient na początku młodości przeżył prawdziwe piekło. Adwokat wyraził przekonanie, że takie osoby powinny być docenione przez państwo.

90-letni dziś Włodzimierz Szlezyngier podczas wojny działał w AK; mimo młodego wieku pomagał w akcji "Burza". Został zatrzymany przez UB w grudniu 1945 r., zwolniony po 15 miesiącach.

W 1950 r. został powołany do wojska PRL, służbę odbywał m.in. w Lidzbarku Warmińskim i Warszawie, gdzie razem z oddziałem został skierowany do budowy lotniska Bemowo. Podczas służby rozmawiał z innymi żołnierzami, którzy wyrażali krytyczny stosunek do ówczesnej rzeczywistości, rozmawiali m.in. o możliwym wyjeździe na Zachód. Był wśród nich donosiciel, który o treści rozmów poinformował Informację Wojskową.

Ponownie Szlezyngier został zatrzymany w 1952 r., był wtedy na urlopie, na którym poznał przyszłą żonę. Trafił do słynnego więzienia na Rakowieckiej w Warszawie. Jak wspominał w czwartek w sądzie, był przetrzymywany w pojedynczej celi bez okien, innym razem w celi stuosobowej, w karcerze, w piwnicy, ograniczano mu racje żywnościowe. Pilnujący go strażnicy kazali mu rozbierać się do naga. Czasem spał bez przykrycia na pryczy z surowych desek. Był przesłuchiwany przeważnie nocą, gdy odprowadzano go do celi i zasypiał, natychmiast był budzony na dalsze przesłuchanie, podczas którego nie było mu wolno usiąść. Przesłuchujący grozili mu śmiercią. "Mówiono, że przyszliśmy po to, by wyjść nogami do przodu" – wspominał.

Po skierowaniu aktu oskarżenia i – jak opisuje – parodii rozprawy został skazany na 10 lat więzienia za działania wymierzone w ustrój państwa komunistycznego z tzw. małego kodeksu karnego. Na mocy amnestii i rewizji poprzedniego wyroku więzienie opuścił po 3 latach i 9 miesiącach. Tego właśnie okresu dotyczy sprawa tocząca się przed częstochowskim sądem. W aktach nie ma dokumentów dotyczących poprzedniego aresztowania.

Szlezyngier wyszedł z więzienia w październiku 1955 r. Później, mimo że był bardzo dobrym krawcem, przez kilka lat nie mógł znaleźć pracy – spotykał się z odmową, bo nie został wykreślony z rejestru skazanych. Był na utrzymaniu żony i jej rodziców. Pracę zdobył dopiero w 1961 r. Do dziś mieszka w Częstochowie.

W opinii lekarza, który badał Szlezyngiera w 1957 r., mężczyzna na skutek pobytu w więzieniu doznał 40-procentowego uszczerbku na zdrowiu. Po upadku komunizmu, w 1994 r., otrzymał już zadośćuczynienie i odszkodowanie od sądu wojskowego w Warszawie za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego.

Tamto zadośćuczynienie, które - jak mówił Krzyżanowski - odpowiada dzisiejszym 100 tys. zł, pokrzywdzony i jego pełnomocnik uważają za zbyt niskie, biorąc pod uwagę cierpienia, jakich doznał. Teraz domagają się zadośćuczynienia i odszkodowania uzupełniającego, odpowiednio do kwot: około 800 tys. i około 300 tys. zł.

Jak nie dać się oszukać przez administratorów spadku