Obecnie resortem kieruje Patrick Shanahan, dotychczasowy numer dwa w Pentagonie. Ten były menedżer Boeinga podobno cieszy się uznaniem lokatora Białego Domu, z którym często przy okazji roboczych spotkań ucinał sobie pogawędki. Wylewał przy tym podobno miód na prezydenckie serce, mówiąc dużo o bardziej konfrontacyjnej postawie wobec Chin i o tym, że uzbrojenie armii USA powinno być tańsze – dwóch tematach, które potrafiły zaangażować Trumpa.

Z punktu widzenia prezydenta, który obiecał kierować rządem federalnym bardziej jak biznesem, Shanahan ma jeszcze jedną zaletę: pochodzi z sektora prywatnego. Pracę w administracji podjął dopiero w połowie 2017 r. i jest to jego pierwszy raz na stanowisku opłacanym z pieniędzy podatników. W Boeingu był menedżerem programu budowy Dreamlinera, co przecież jest ogromnym logistycznym i organizacyjnym wyzwaniem. Dlatego w Pentagonie otrzymał równie skomplikowane zadanie reformy resortowej administracji.

Co więcej, były menedżer wykazywał więcej entuzjazmu dla niektórych prezydenckich pomysłów niż inni oficjele w departamencie czy nawet w Białym Domu, w tym przywrócenia osobnego dowództwa odpowiedzialnego za zasoby militarne w przestrzeni kosmicznej (obecnie są one rozdzielone między różne typy sił zbrojnych, a większość trafiła pod skrzydła lotnictwa), co stało się oczkiem w głowie prezydenta. Nie brakuje więc powodów, dla których Trump powiedział niedawno, że może zostawić Shanahana na czele Pentagonu już na stałe.

Generałowie na celowniku

Nie zmienia to jednak faktu, że zakulisowe poszukiwania wciąż trwają. Część nazwisk jest już znana, bowiem krążyły po Waszyngtonie w kontekście Departamentu Obrony tuż po wygranych przez Trumpa wyborach prezydenckich. Chodzi mianowicie o emerytowanych generałów Jacka Keane’a i Davida Petraeusa. Keane dosłużył się w armii stanowiska zastępcy dowódcy sił lądowych USA, zaś Petraeus dowodził siłami w Iraku, Afganistanie, a także stał na czele Centralnej Agencji Wywiadowczej.

Na giełdzie krążą nazwiska, w tym przechrzczonego demokraty Webba

Wiadomo, że Keane’owi fotel szefa Pentagonu Biały Dom proponował dwa razy: w 2016 r. i obecnie. Generał nie zdecydował się jednak na powrót do służby ani wtedy, ani teraz. Z kolei Petraeus w ostatni dzień ubiegłego roku wylał kubeł zimnej wody na wszystkich, którzy podejrzewali, że teraz ma kolejną szansę na stanowisko. Obydwaj wojskowi motywują swoje stanowisko brakiem zgody na zmniejszenie obecności wojskowej USA w Syrii i Afganistanie, co stało się przyczyną dymisji Mattisa w połowie grudnia.

Przyjaciel prezydenta

Następcy generała zwanego „wojowniczym mnichem” lub „szalonym psem” Biały Dom szuka także wśród byłych i obecnych senatorów. Wysoko na liście jest Lindsey Graham z Karoliny Południowej. Polityk należy do grona najbardziej zagorzałych zwolenników prezydenta, chociaż od czasu do czasu pozwala sobie także na kilka gorzkich słów pod adresem głównodowodzącego, jak w przypadku wspomnianej już o decyzji o opuszczeniu Syrii.

Dodatkowo na korzyść Grahama przemawia fakt, że przez ostatnie dwa lata nawiązał dość silną relację z prezydentem; ich rozmowy, przede wszystkim dotyczące polityki zagranicznej i posunięć w polityce wewnętrznej, były bardzo obficie cytowane w „Strachu” Boba Woodwarda, książce o kulisach obecnej administracji. Graham, nawet jeśli otrzyma (bądź już otrzymał) propozycję, może jednak odmówić, bo ma na oku inne stanowisko, które także stanowiłoby ukoronowanie jego kariery politycznej: przewodniczącego senackiej komisji sprawiedliwości. Pod jego skrzydła trafiłyby wtedy nominacje sędziowskie wymagające zatwierdzenia przez Senat, a także nadzór nad Departamentem Sprawiedliwości, w tym śledztwem dotyczącym związków otoczenia Trumpa z Rosją prowadzonym przez byłego szefa Federalnego Biura Śledczego Roberta Muellera.

Wojsko nie dla kobiet

Propozycji objęcia stanowiska szefa Pentagonu odmówił już za to Jon Kyl. Były senator z Arizony dosłużył się pozycji drugiego po Bogu wśród republikanów zasiadających w izbie wyższej, ale zakończył karierę polityczną w 2013 r. i zatrudnił się w trudniącej się m.in. lobbingiem kancelarii Covington & Burling (do polityki wrócił na chwilę w ub.r., kiedy tymczasowo zajął miejsce w Senacie po zmarłym Johnie McCainie, także reprezentującym Arizonę).

Na giełdzie nazwisk pojawiają się także senator Tom Cotton z Arkansas, prawnik i weteran wojen w Iraku i Afganistanie, oraz Marc Thornberry, kongresmen z Teksasu i były przewodniczący komisji ds. sił zbrojnych w izbie niższej.

O nietypowej kandydaturze doniósł kilka dni temu „The New York Times”. Zdaniem dziennika Biały Dom w fotelu szefa Departamentu Obrony rozważał Jima Webba, weterana z Wietnamu i byłego demokratycznego senatora ze stanu Virginia, który zaliczył także epizod w administracji Ronalda Reagana na stanowisku sekretarza ds. marynarki wojennej. Prezydent Donald Trump na Twitterze skrytykował jednak gazetę, pisząc, że informacja jest fałszywa oraz że nie zna Webba.

Co jednak ciekawe, doniesienie to uparcie powraca. Za kandydaturą Webba opowiadają się publicznie niektórzy konserwatyści, a „Foreign Policy” wymienił nawet kilkanaście powodów, dla których przechrzczonemu demokracie jest po drodze z prezydentem (nie tylko dlatego, że po wyborach w 2016 r. miał powiedzieć o Trumpie: „Nienawidzą go republikanie, demokraci i media. Chyba go lubię”). Na przestrzeni lat Webb powiedział wiele kontrowersyjnych rzeczy, które mogłyby wpaść prezydentowi w ucho: uznał, że kobiety na stanowiskach dowódczych to pomyłka; że wojsko krępują od wewnątrz poprawność polityczna i obawa przed pozwami o molestowanie seksualne; oraz że akcja afirmacyjna (promowanie mniejszości przy zatrudnianiu) to błąd.

Kandydatów na stanowiska sekretarzy – czyli amerykańskich „ministrów” – wskazuje oczywiście prezydent, ale wcześniej muszą zostać zatwierdzeni przez Senat (zbliżają się np. przesłuchania na stanowisko szefa Departamentu Sprawiedliwości i prokuratora generalnego, zwolnionego przez Jeffa Sessionsa). Generalnie jednak praktyka jest taka, że senatorowie nie rzucają Białemu Domowi kłód pod nogi i uznają prezydenckie prawo do budowy własnej ekipy. Odrzucenie nominacji zdarza się więc wyjątkowo rzadko; ostatni raz miało miejsce za prezydenta George’a Busha seniora. ©℗

Mattis w Pentagonie, czyli nie zrobimy nic z tego, o co nas prosił

Codziennie zarządzanie największymi siłami zbrojnymi świata mogłoby się wydawać ukoronowaniem kariery politycznej (czy w korpusie służby cywilnej). Biorąc jednak pod uwagę stresujące środowisko pracy w obecnej administracji – czego wyrazem jest chociażby nieustający ciąg dymisji i odejść – do czego z pewnością przyczynia się osobowość 45. lokatora Białego Domu, chętnych na to stanowisko może nie być wielu.

Każdy nominat będzie musiał mieć na uwadze sceny opisane w ukazującej kulisy pracy Białego Domu książce „Strach” autorstwa dziennikarza Boba Wood warda. Niby wiadomo: prezydent może się mylić, nie musi wiedzieć wszystkiego (od tego ma doradców), może wybuchnąć pod wpływem ciężaru stanowiska. Jednak czymś innym jest uznawać prawo prezydenta do ludzkich słabości, a czymś innym zarządzać nimi na co dzień. Woodward pokazuje, że to nie jest proste.

Niemniej jednak przez dwa lata na stanowisku James Mattis posiadł tę sztukę. Kiedy było trzeba, sekretarz obrony rozwadniał prezydenckie słowa (jak w przypadku krytyki wydających za mało na obronę sojuszników z NATO) lub studził emocje Trumpa. To Woodward opisał po raz pierwszy, jak po ataku chemicznym w syryjskiej miejscowości Chan Szejkun w 2017 r. prezydent zażądał poważnej odpowiedzi militarnej, zaś Mattis po rozmowie z szefem powiedział „nie zrobimy nic takiego” (ostatecznie stanęło na ostrzelaniu bazy wojskowej kilkudziesięcioma pociskami manewrującymi).

Były sekretarz obrony był też przekonany (przynajmniej do pewnego momentu), że Donalda Trumpa można odwieść od jego izolacjonistycznych poglądów. I to on był autorem pomysłu, żeby pewnego dnia wywieźć Trumpa do Pentagonu. Tam, w specjalnym pomieszczeniu bez okien, z dala od „przeszkadzajek” dnia codziennego Mattis, ówczesny doradca ds. gospodarczych Gary Cohn i ówczesny sekretarz stanu Rex Tillerson na serii slajdów, map i wykresów chcieli ukazać głównodowodzącemu wagę globalnego porządku utrzymywanego przez USA od 1945 r.

Ostatecznie wykład zakończył się fiaskiem. Pogrzebał go były już strateg prezydenta Steve Bannon.