Wśród liderów protestów we Francji jest sześciu mężczyzn i dwie kobiety. Wszyscy są młodzi lub bardzo młodzi – mają od 20 do 33 lat. To, co ich łączy, to doświadczenia z trudnego rynku pracy – są na samozatrudnieniu bądź mają jakieś dorywcze zajęcia. Wszyscy bez wyjątku zaklinają się, że nie są liderami ani przedstawicielami władz żółtych kamizelek, lecz jedynie „posłańcami” (messagers) i członkami „delegacji” ruchu.

Najbardziej rozpoznawaną postacią ruchu jest Éric Drouet, 33-letni kierowca ciężarówki spod Paryża, który był jednym z organizatorów pierwszego i najliczniejszego do dzisiaj protestu 17 listopada. Z tego samego co on departamentu wywodzi się 32-letnia Priscillia Ludosky, której internetowa petycja przeciw podwyżce cen paliw zebrała milion podpisów i znacząco przyczyniła się do mobilizacji społecznej wokół protestów.

Do tego dochodzi jeszcze dwójka 31-latków: Maxime Nicolle z Bretanii oraz Julien Terrier utrzymujący się ze świadczenia usług budowlano-remontowych. Pozostali członkowie „delegacji” mają mniej niż 30 wiosen. 26-letni Jason Herbert wcześniej parał się dziennikarstwem jako freelancer; 25-letni Thomas Miralles od kilku lat pośredniczy w sprzedaży hipotek; 22-letnia Marine Charrette-Labadie pracuje jako kelnerka; 22-letni Mathieu Blavier jest studentem.

„Delegacja” ukonstytuowała się 26 listopada. Premier Philippe był gotów przyjąć ich już w miniony piątek, ale – co ciekawe – zjawiły się tylko dwie osoby, w tym Herbert, który zerwał spotkanie po tym, jak szef rządu nie zgodził się na jego nagrywanie. Co znaczące, tożsamość drugiego uczestnika spotkania pozostała anonimowa, gdyż – jak stwierdził 26-latek – wiele żółtych kamizelek uważa ich za samozwańczych przedstawicieli; otrzymywali nawet pogróżki na mediach społecznościowych.

To pokazuje, że ruch ten wpisuje się doskonale w trend zdecentralizowanych sił protestu, bez liderów i bez wyraźnego ośrodka władzy, których siła mobilizacyjna bierze się ze społecznego niezadowolenia (jak Occupy Wall Street). Otwarte jednak pozostaje pytanie o trwałość takiego ruchu i możliwość wywarcia realnego wpływu na sytuację polityczną we Francji. – Jeśli ograniczy się on do wąskiej listy postulatów, jak chociażby akcyza na paliwo, to prawdopodobnie rozejdzie się po kościach. Ale jeśli dojdą do tego kolejne, akcentujące na przykład, że francuska prowincja nie ma za co żyć, wtedy ma szansę przetrwać – tłumaczy dr Łukasz Jurczyszyn z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Kluczowe dla przyszłości ruchu jest także to, jak poradzi sobie z żółtymi kamizelkami prezydent Macron. Dotychczas nie zdecydował się on na spotkanie z protestującymi, przyjmując postawę twardego sprzeciwu wobec towarzyszących rozruchom aktom wandalizmu. Jeśli się jednak z nimi w jakiś sposób ułoży – jak to było w przypadku związków zawodowych i reformy kodeksu pracy mającej na celu jego uelastycznienie – to może ich spacyfikować.

Jednocześnie jednak formuła ruchu jest na tyle szeroka, że kompromis z Pałacem Elizejskim może nie zadowolić wszystkich i protesty będą trwać dalej. – Chociaż wśród żółtych kamizelek nie brakuje wyborców Marine Le Pen, to sam ruch nie jest ani skrajnie prawicowy, ani skrajnie lewicowy – mówi dr Jurczyszyn.

Na razie nie wiadomo, kto pojawi się dzisiejszym spotkaniu u premiera Philippe’a. Oprócz niego protestami będzie zajmowało się także w środę Zgromadzenie Narodowe, czyli izba niższa francuskiego parlamentu, a w czwartek – Senat. Jutro senatorom będzie się także spowiadał z nieskuteczności działań policji minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner.